25.02.2024, 01:37 ✶
- Może wystarczy tylko dać mu szansę? - zasugerowała, ale nie zamierzała teraz z matką dyskutować na temat tego, czy jej brat był do takich rzeczy zdolny. Bo nie mogła dłużej zajmować się tym tematem, kiedy opadało na nią to upiorne przekonanie, że coś było okropnie nie tak. Powoli zaciskało coraz bardziej swój chwyt na jej ramionach, jakby jednocześnie chciało ją otulić i potrząsnąć gwałtownie, coś jej uzmysławiając.
Dora jednak nie mogła wybiec myślami zbyt daleko, kiedy patrzyła na twarz matki, a kiedy ta pochwaliła jej wybór, Crawleyówna uśmiechnęła się do niej niby to wesoło, ale coś w jej twarzy nie mogło w pełni się przemóc i wybrzmieć odpowiednio szczerości. Dlatego uśmiech ten zbladł bardzo szybko, a dłonie cofnęły się do ciała, kiedy nerwowo zaczęła wykręcać palce.
Zrobiła krok, kiedy Susan popędziła ją, ale na tym poprzestała, nie mogąc wykonać kolejnego i znowu zatrzymując się w miejscu. Rozdarta, ale też poruszona, kiedy spojrzenie, po rozejrzeniu się dookoła, znowu padło na twarz rodzicielki, którą teraz znaczyła czerwień. Westchnęła, robiąc znowu krok i znowu też się zatrzymując.
- Nie mogę iść z tobą - wyrwało jej się. Powinna rzucić teraz zaklęcie i zmienić te wszystkie kwiaty, kiedy jeszcze miała czas. Ale nie chodziło tylko o to, jak wyglądały wiązanki, a o to, że doskonale zdawała sobie sprawę z tego jak przedstawiała się ich mała rzeczywistość w tym momencie. - Nie powinnyśmy tu być. Musimy iść. Musimy zająć się tobą. Zabrać tatę, brata... Zabrać stąd wszystkich. To nie tak powinno wyglądać. To miał być ślub. Nowy początek. Nowe życie. - mówiła szybko, wypluwając z siebie słowa i rozglądając się dookoła, jakby oczekując ze coś zaraz przemieni się na jej oczach. W końcu jednak wyciągnęła do Susan rękę, błagalnie patrząc na nią i prosząc, by to ona podeszła do niej.
Dora jednak nie mogła wybiec myślami zbyt daleko, kiedy patrzyła na twarz matki, a kiedy ta pochwaliła jej wybór, Crawleyówna uśmiechnęła się do niej niby to wesoło, ale coś w jej twarzy nie mogło w pełni się przemóc i wybrzmieć odpowiednio szczerości. Dlatego uśmiech ten zbladł bardzo szybko, a dłonie cofnęły się do ciała, kiedy nerwowo zaczęła wykręcać palce.
Zrobiła krok, kiedy Susan popędziła ją, ale na tym poprzestała, nie mogąc wykonać kolejnego i znowu zatrzymując się w miejscu. Rozdarta, ale też poruszona, kiedy spojrzenie, po rozejrzeniu się dookoła, znowu padło na twarz rodzicielki, którą teraz znaczyła czerwień. Westchnęła, robiąc znowu krok i znowu też się zatrzymując.
- Nie mogę iść z tobą - wyrwało jej się. Powinna rzucić teraz zaklęcie i zmienić te wszystkie kwiaty, kiedy jeszcze miała czas. Ale nie chodziło tylko o to, jak wyglądały wiązanki, a o to, że doskonale zdawała sobie sprawę z tego jak przedstawiała się ich mała rzeczywistość w tym momencie. - Nie powinnyśmy tu być. Musimy iść. Musimy zająć się tobą. Zabrać tatę, brata... Zabrać stąd wszystkich. To nie tak powinno wyglądać. To miał być ślub. Nowy początek. Nowe życie. - mówiła szybko, wypluwając z siebie słowa i rozglądając się dookoła, jakby oczekując ze coś zaraz przemieni się na jej oczach. W końcu jednak wyciągnęła do Susan rękę, błagalnie patrząc na nią i prosząc, by to ona podeszła do niej.
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.