Motyle w brzuchu, słodki niepokój, spojrzenia i ciche tchnienia, wysyłane jak te listy, które nigdy nie dotarły na miejsce. Takie było zakochanie, taką miał w głowie ideę zauroczenia. Marzenia były bezczelne, gdy podsyłały nam pragnienia i wizje, bo tworzyły fałszywą rzeczywistość. Podoba ci się aktor, który gra rolę w przestawieniu, a gdy nie recytuje bezbłędnie swojej kwestii, nagle staje się człowiekiem. Dlatego może wzbraniał się przed nazwaniem tej relacji, tych uczuć i tego, o czym myślał, patrząc w morski błękit. Za wszelką cenę starał się widzieć człowieka, a nie bajkę... tylko nie było to wcale łatwe, kiedy patrzyłeś w te łagodne oczy, ani gdy słuchałeś jego anielskiego głosu. I nawet to krwawiące serce wydawało mu się piękne, aż zapragnął go dotknąć i ubarwić bladą skórę szkarłatem. Takie właśnie było zakochanie. A przecież wcale nie chciał, żeby cierpiał, ani Laurent, ani on sam. Dlatego słowa dobierał uważnie, dlatego stąpał jak po szkle... bo wiedział, że storczyk powinien kwitnąć, a nie gnić w wazonie.
Spokojnie dopił resztę whisky i odstawił szklankę na stolik. - Cóż... nie miałem powodu, żeby chodzić na wyścigi. - Powiedział to szczerze. Nigdy jakoś nie miał ani czasu, ani okazji, by się nimi zainteresować. Łatwiej się też rozmawiało o teatrze, sztuce, muzyce, czy też literaturze, bo otwierały znacznie więcej drzwi. Szukał tu jednak jakiegoś łącza, jakiegoś źródła, z którego czerpał Laurent, a które mógł poznać on sam, obejrzeć, wybadać... może pokochać. Tak więc... tak, Laurencie, veni, vidi i amavi po raz kolejny.
Usłyszał swoje imię jak zaklęcie i uniósł spojrzenie na twarz mężczyzny, którą zdobił uroczy rumieniec. Tyle tylko, że zaklęcie nie zadziałało jak amortencja. W perfekcyjnym świecie uśmiechnąłby się i dotknął jego twarzy, żeby musnąć wierzchem dłoni tego różanego ciepła. W perfekcyjnym świecie cieszyłby się z wyznania i odbił słowa jak lustro. Daleko mu jednak było do perfekcji, a Kayden, zamiast chłonąć to zakochanie jak spragniona wody roślina, zaczął panikować, choć twarz niczego nie zdradzała. Może jedynie zaskoczenie tym, że słowa te padły akurat teraz. Chciał zapytać... czy zakochał się w nim, czy w samej jego idei, ale bał się wytrącić Laurenta z bajki. Bo to była bajka... do tego momentu, kiedy te listy rozbiły piękny obraz, dni wydawały się barwne i zaczarowane. Dlatego też nie rozumiał, dlaczego blondyn mu to wyznał. Akurat teraz, kiedy jeszcze przed chwilą myślał, że oboje przegryzają coś gorzkiego i nie wiedzą, jak to przełknąć.
Przymknął lekko rozchylone usta i odwrócił wzrok. Nerwowo skakał oczami po stoliku kawowym, wcale go nie widząc. - To raczej nie jest odpowiedź na moje pytanie... - Powiedział cicho i w końcu uśmiechnął się lekko, po czym wrócił spojrzeniem na Laurenta. Srebro było łagodne, uśmiech niepewny. Wyglądał tak, jakby toczył właśnie walkę z własnymi myślami. Kwiaty były najpiękniejsze, kiedy kwitły w spokoju, i nie były zrywane, traktowane jak ozdoba, jak coś na chwilę. Chowały się na zimę, przykryte pierzyną śniegu, rosły na wiosnę i pięły się w stronę słońca latem, by jesienią mogły zasypiać powoli w opadłych liściach. Kwitły i wdzięczyły się każdego roku. Dlatego też brunet wcale nie chciał niszczyć tego, co między nimi było. Nie dążył też do ostatniego aktu, który zapewne wszystko by przedwcześnie zakończył i zaciągnął czerwoną kurtynę. Nie takiego zakochania pragnął. Powoli sięgnął w stronę szklanki Laurenta, by odłożyć ją na stolik, bez słów, które teraz wydawały mu się zbędne. Po chwili też ujął jego bladą dłoń i przechylił lekko głowę, by ją ucałować. Najpierw drobne palce, potem kostki, a na koniec wierzch dłoni... jakby delikatnie torował sobie drogę, żeby bez przeszkód spojrzeć w ten przejrzysty błękit. - W takim razie jest nas chyba dwoje... - Wyszeptał, zastanawiając się, jak bardzo wilk może kochać owcę, zanim go nie przeklną od diabłów.
![[Obrazek: qEyGuHF.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEyGuHF.gif)