25.02.2024, 11:43 ✶
Uspokój się...
Oh, wciąż tak bardzo nie znosił tych słów, ale tym razem ten, kto je mówił, miał rację.
Przestań.
Przestał o kilka długich sekund za późno.
Był odpychający. Jutro wspominając tę scenę, pewnie zwymiotuje, o ile w ogóle będzie ją pamiętał. To nie miało znaczenia, że Laurent też o tym myślał - jego słowa temu przeczyły, były ostatnim głosem rozsądku, a ich echo buczało mu teraz w głowie mocniej niż prześladujący go od lat dźwięk świdra, jakim drążyli kolejne korytarze. Bo to przecież był pierwszy krok ku temu, żeby zaczął myśleć o niej ciepło - opowieści o tym, co mężczyźni potrafili robić kobietom, co regularnie robili prostytutkom. W swojej percepcji zasługiwał na to, żeby nałykać się więcej tej słonej wody i wreszcie zdechnąć, jednocześnie mimo świadomości, że pozbycie się samego siebie oczyściłoby ten świat ze zgnilizny, nie zdobył się na to od wielu, wielu lat.
Nic dziwnego, że tak wiele jego starań kończyło się strasznymi katastrofami. Musiał się oszukiwać sądząc, że potrafiłby wyjść na prostą i zachowywać się normalnie, a nawet gdyby zaliczyłby w tym przynajmniej minimalne powodzenie, ciężar dawnych dni wciąż tam był, jak lina zaciśnięta wokół szyi ciągnął go wciąż w dół tego morza, nikt go stamtąd nie wyłowił. Nie dało się prawdziwie pokochać czegoś tak groteskowego jak on - miło się na niego patrzyło, dobrze było myśleć o nim jako o kimś do odratowania, ale on nie chciał być uratowany, on chciał zostać rozcięty na pół, chciał, żeby ktoś zobaczył jego rozbabrane wnętrzności, te gdzie spoczywały powciskane pomiędzy organy i kości jego największe grzechy i spoglądał na nie delikatne, bez potrzeby przekładania wszystkiego na swoje miejsce. Chciał, aby ktoś spojrzał na niego bez tego strachu, jaki czuł teraz Laurent - ale to było marzenie ściętej głowy. Kilkanaście lat temu - może. Może by się udało. Teraz - wstydził się tego tak bardzo, bo miał ku temu rzeczywiste, namacalne powody.
- To jest prawda.
I może lepiej by było, gdyby to się ziściło.
To była prawda, ale to nie miało żadnego znaczenia. Wyglądał już spokojnie, nie blokował jego ruchów. Nie wyglądało na to, że miałby rozgniewać się mocno, gdyby mu odmówiono. Był po prostu koszmarnie, obrzydliwie smutny. Nie dało się odczytać, czy płakał, bo oczy miał czerwone od tego podtopienia, a woda wciąż spływała mu po twarzy wprost na leżącą pod nim kobietę, ale coś w nich zdradzało, jak bardzo źle się czuł. Jak bardzo nie lubił własnego umysłu i jak bardzo nie chciał zostać z nim tu sam - bo jego głowa była ostatnio jego największym wrogiem, a okrutnych wypowiedzi, jakie w niej rozbrzmiewały, nie zagłuszała nawet najgłośniejsza muzyka. Oprócz tej. Ta jedna melodia wystarczyła, aby wreszcie poczuł, że nie musi doprowadzać się do skraju wyczerpania na trapezie, albo spić się do nieprzytomności, żeby przestać cokolwiek czuć. Zresztą... to i tak nigdy do końca nie działało. Prędzej czy później zostawał sam, porzucony w kącie otoczony tylko przez rzeczy, które zrobił i które prześladowały go dzień w dzień. Jego przeszłość była brudna. Jego przyszłość była pełna obietnic, których nie dało się dotrzymać.
Ale z tą piosenką, z tymi rękoma oplecionymi wokół jego ciała, a może bardziej wokół jego duszy - na tę krótką chwilę chyba był w stanie uwierzyć, że to nie była do końca jego wina. To nie on stworzył chory świat pełen zepsucia. Jeżeli istniał Bóg, to wcale nie był sprawiedliwy w swoich osądach, stworzył ciemność tak samo jak stworzył i światło - dlaczego więc Flynn ciągle karał się za popełniane błędy? Nie był aniołem mającym dawać innym przykład, tylko człowiekiem. Miał w sobie tyle z anioła, co robak przyklejony do góry nogami do dna szklanki po piwie.
Jego głowa opadła na jej klatkę piersiową, ale nie w sposób, jaki można było uznać za ordynarny. Położył się bokiem na tym piasku, na tyle blisko, aby go nie puszczała, a później ukrył się w ten sposób, przed potencjalnie oceniającym spojrzeniem, przed potencjalnym zobaczeniem w jej oczach pragnienia ucieczki.
- Przepraszam - wydusił z siebie niewyraźnie. Teraz już kompletnie kręciło mu się w głowie, a zimno było na tyle dokuczliwe, żeby zazgrzytał zębami.
Oh, wciąż tak bardzo nie znosił tych słów, ale tym razem ten, kto je mówił, miał rację.
Przestań.
Przestał o kilka długich sekund za późno.
Był odpychający. Jutro wspominając tę scenę, pewnie zwymiotuje, o ile w ogóle będzie ją pamiętał. To nie miało znaczenia, że Laurent też o tym myślał - jego słowa temu przeczyły, były ostatnim głosem rozsądku, a ich echo buczało mu teraz w głowie mocniej niż prześladujący go od lat dźwięk świdra, jakim drążyli kolejne korytarze. Bo to przecież był pierwszy krok ku temu, żeby zaczął myśleć o niej ciepło - opowieści o tym, co mężczyźni potrafili robić kobietom, co regularnie robili prostytutkom. W swojej percepcji zasługiwał na to, żeby nałykać się więcej tej słonej wody i wreszcie zdechnąć, jednocześnie mimo świadomości, że pozbycie się samego siebie oczyściłoby ten świat ze zgnilizny, nie zdobył się na to od wielu, wielu lat.
Nic dziwnego, że tak wiele jego starań kończyło się strasznymi katastrofami. Musiał się oszukiwać sądząc, że potrafiłby wyjść na prostą i zachowywać się normalnie, a nawet gdyby zaliczyłby w tym przynajmniej minimalne powodzenie, ciężar dawnych dni wciąż tam był, jak lina zaciśnięta wokół szyi ciągnął go wciąż w dół tego morza, nikt go stamtąd nie wyłowił. Nie dało się prawdziwie pokochać czegoś tak groteskowego jak on - miło się na niego patrzyło, dobrze było myśleć o nim jako o kimś do odratowania, ale on nie chciał być uratowany, on chciał zostać rozcięty na pół, chciał, żeby ktoś zobaczył jego rozbabrane wnętrzności, te gdzie spoczywały powciskane pomiędzy organy i kości jego największe grzechy i spoglądał na nie delikatne, bez potrzeby przekładania wszystkiego na swoje miejsce. Chciał, aby ktoś spojrzał na niego bez tego strachu, jaki czuł teraz Laurent - ale to było marzenie ściętej głowy. Kilkanaście lat temu - może. Może by się udało. Teraz - wstydził się tego tak bardzo, bo miał ku temu rzeczywiste, namacalne powody.
- To jest prawda.
I może lepiej by było, gdyby to się ziściło.
To była prawda, ale to nie miało żadnego znaczenia. Wyglądał już spokojnie, nie blokował jego ruchów. Nie wyglądało na to, że miałby rozgniewać się mocno, gdyby mu odmówiono. Był po prostu koszmarnie, obrzydliwie smutny. Nie dało się odczytać, czy płakał, bo oczy miał czerwone od tego podtopienia, a woda wciąż spływała mu po twarzy wprost na leżącą pod nim kobietę, ale coś w nich zdradzało, jak bardzo źle się czuł. Jak bardzo nie lubił własnego umysłu i jak bardzo nie chciał zostać z nim tu sam - bo jego głowa była ostatnio jego największym wrogiem, a okrutnych wypowiedzi, jakie w niej rozbrzmiewały, nie zagłuszała nawet najgłośniejsza muzyka. Oprócz tej. Ta jedna melodia wystarczyła, aby wreszcie poczuł, że nie musi doprowadzać się do skraju wyczerpania na trapezie, albo spić się do nieprzytomności, żeby przestać cokolwiek czuć. Zresztą... to i tak nigdy do końca nie działało. Prędzej czy później zostawał sam, porzucony w kącie otoczony tylko przez rzeczy, które zrobił i które prześladowały go dzień w dzień. Jego przeszłość była brudna. Jego przyszłość była pełna obietnic, których nie dało się dotrzymać.
Ale z tą piosenką, z tymi rękoma oplecionymi wokół jego ciała, a może bardziej wokół jego duszy - na tę krótką chwilę chyba był w stanie uwierzyć, że to nie była do końca jego wina. To nie on stworzył chory świat pełen zepsucia. Jeżeli istniał Bóg, to wcale nie był sprawiedliwy w swoich osądach, stworzył ciemność tak samo jak stworzył i światło - dlaczego więc Flynn ciągle karał się za popełniane błędy? Nie był aniołem mającym dawać innym przykład, tylko człowiekiem. Miał w sobie tyle z anioła, co robak przyklejony do góry nogami do dna szklanki po piwie.
Jego głowa opadła na jej klatkę piersiową, ale nie w sposób, jaki można było uznać za ordynarny. Położył się bokiem na tym piasku, na tyle blisko, aby go nie puszczała, a później ukrył się w ten sposób, przed potencjalnie oceniającym spojrzeniem, przed potencjalnym zobaczeniem w jej oczach pragnienia ucieczki.
- Przepraszam - wydusił z siebie niewyraźnie. Teraz już kompletnie kręciło mu się w głowie, a zimno było na tyle dokuczliwe, żeby zazgrzytał zębami.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.