25.02.2024, 15:19 ✶
Nawet nie protestowała, kiedy została zamknięta w kawalerce Patricka. Nie protestowała, gdy zrozumiała, że bynajmniej nie planował oddać jej różdżki. Cóż.. w sumie nie mogła go za to winić, prawda?
Prędzej swój egoizm. Bo czy takie wtargnięcie w życie Stewarda w ostatecznym rozrachunku nie było wyrazem egoizmu? Przedłożeniem własnych pragnień, nadziei nad spokój ducha Patricka? Choć ten spokój to też dość dyskusyjna kwestia; aż za dobrze pamiętała tamten urywek przeszłości, dojrzany w nieistniejącym miejscu. Jak bardzo musiała go dręczyć myśl, że przyczynił się do targnięcia na własne życie? Co nie było prawdą; ba, popchnęło ją to wręcz o zupełnie innych kroków, tylko że nie było jej dane dojść do końca obranej ścieżki.
Tak, popełniła wiele błędów. W poprzednim życiu, w obecnym również. Ale przynajmniej tej jednej rzeczy nie mogła zaliczyć na konto omyłek; krew Harrisa nie plamiła jej rąk. Nie miała na sumieniu ani życia mężczyzny, ani tragedii Vivian, która ponosiłaby największe – bezpośrednie - konsekwencje wypełnionego rozkazu Voldemorta. I choć takie brutalne zrzucenie maski może nie było najlepszym pomysłem, to jednak… jednak nie potrafiła żałować. Zbyt długo już tkwiła w fałszu, zbyt długo nosiła maskę postrzelonej Carrow…
… tak więc, nie protestowała. Pewnie, kawalerka stanowiła w tej chwili więzienie, ale o wiele lepsze więzienie niż to, w którym by się znalazła, gdyby po niewykonaniu zadania wpadła w ręce Czarnego Pana. Bo szczerze wątpiła, żeby została okazana jakakolwiek łaska… i zapewne skończyłoby się korzystanie z pożyczonego czasu. A tak? Chyba po raz pierwszy od dawna poczuła się bezpieczniej. I nie można powiedzieć, że cały ten czas spędziła całkowicie bezproduktywnie; mimo wszystko w mieszkaniu znajdowały
się rzeczy, z których potrafiła zrobić użytek. I którymi wolała się zająć, żeby tylko nie wpatrywać się w portret Florence. Tak, może to głupie, to niby był tylko obraz, ale… czuła się obserwowana tak, jakby Bulstrode naprawdę się tu znajdowała i osobiście jej pilnowała… co też stanowiło źródło swego rodzaju frustracji. Ale znosiła to, po prostu pogrążając się w świecie coraz to kolejnych ołówkowych kresek, coraz mniej białych papierowych kartek, pokrywających się w coraz większym stopniu grafitem.
Dopiero pojawienie się Patricka wyrwało ją z tego świata; uniosła głowę, zatykając odruchowo ołówek za uchem, jak to miała od zawsze w zwyczaju. W końcu i wstała, odkładając swą pracę.
- Dziękuję – odparła cicho, podchodząc do stolika. Nie, nie sięgnęła od razu po posiłek, obserwując mężczyznę i słuchając tego, co miał do powiedzenia. Skinęła głową; wprawdzie i tak nie miała zamiaru opowiadać na prawo i lewo swojej historii, ale to nie znaczyło, że miała się w jakikolwiek sposób z nim sprzeczać.
- Nic nie będę jej opowiadać – obiecała – Powinnam wiedzieć coś jeszcze…? – spytała; a nuż miał więcej życzeń odnośnie tego, co powinna – bądź nie – zrobić.
Prędzej swój egoizm. Bo czy takie wtargnięcie w życie Stewarda w ostatecznym rozrachunku nie było wyrazem egoizmu? Przedłożeniem własnych pragnień, nadziei nad spokój ducha Patricka? Choć ten spokój to też dość dyskusyjna kwestia; aż za dobrze pamiętała tamten urywek przeszłości, dojrzany w nieistniejącym miejscu. Jak bardzo musiała go dręczyć myśl, że przyczynił się do targnięcia na własne życie? Co nie było prawdą; ba, popchnęło ją to wręcz o zupełnie innych kroków, tylko że nie było jej dane dojść do końca obranej ścieżki.
Tak, popełniła wiele błędów. W poprzednim życiu, w obecnym również. Ale przynajmniej tej jednej rzeczy nie mogła zaliczyć na konto omyłek; krew Harrisa nie plamiła jej rąk. Nie miała na sumieniu ani życia mężczyzny, ani tragedii Vivian, która ponosiłaby największe – bezpośrednie - konsekwencje wypełnionego rozkazu Voldemorta. I choć takie brutalne zrzucenie maski może nie było najlepszym pomysłem, to jednak… jednak nie potrafiła żałować. Zbyt długo już tkwiła w fałszu, zbyt długo nosiła maskę postrzelonej Carrow…
… tak więc, nie protestowała. Pewnie, kawalerka stanowiła w tej chwili więzienie, ale o wiele lepsze więzienie niż to, w którym by się znalazła, gdyby po niewykonaniu zadania wpadła w ręce Czarnego Pana. Bo szczerze wątpiła, żeby została okazana jakakolwiek łaska… i zapewne skończyłoby się korzystanie z pożyczonego czasu. A tak? Chyba po raz pierwszy od dawna poczuła się bezpieczniej. I nie można powiedzieć, że cały ten czas spędziła całkowicie bezproduktywnie; mimo wszystko w mieszkaniu znajdowały
się rzeczy, z których potrafiła zrobić użytek. I którymi wolała się zająć, żeby tylko nie wpatrywać się w portret Florence. Tak, może to głupie, to niby był tylko obraz, ale… czuła się obserwowana tak, jakby Bulstrode naprawdę się tu znajdowała i osobiście jej pilnowała… co też stanowiło źródło swego rodzaju frustracji. Ale znosiła to, po prostu pogrążając się w świecie coraz to kolejnych ołówkowych kresek, coraz mniej białych papierowych kartek, pokrywających się w coraz większym stopniu grafitem.
Dopiero pojawienie się Patricka wyrwało ją z tego świata; uniosła głowę, zatykając odruchowo ołówek za uchem, jak to miała od zawsze w zwyczaju. W końcu i wstała, odkładając swą pracę.
- Dziękuję – odparła cicho, podchodząc do stolika. Nie, nie sięgnęła od razu po posiłek, obserwując mężczyznę i słuchając tego, co miał do powiedzenia. Skinęła głową; wprawdzie i tak nie miała zamiaru opowiadać na prawo i lewo swojej historii, ale to nie znaczyło, że miała się w jakikolwiek sposób z nim sprzeczać.
- Nic nie będę jej opowiadać – obiecała – Powinnam wiedzieć coś jeszcze…? – spytała; a nuż miał więcej życzeń odnośnie tego, co powinna – bądź nie – zrobić.