Aach... jaki słodki. Czy ten człowiek, który wydawał ci się metalem zdolnym do przybrania kształtu ostrza w każdej chwili mógł być tak płynny? Czy metal mógł przypominać miód, w jakim Kayden próbował go kąpać? Nawet nie próbował - on to po prostu robił. Zmieniając swoje położenie z punktu niebiańskich gwiazd aż do bolesnej rzeczywistości, o jaką nie chcieli uderzać. Oto jednak są - tu, na ziemi, bez skrzydeł. Jak człowiek z człowiekiem. Tak, właśnie tak obdzierano drugą osobę z magii. Szybko, bezlitośnie, z cięciem chirurga posiadającego w swojej dłoni żyletkę. Czy te cięcia były potrzebne - nie wiem. Laurent za to był przekonany, że nie było dobra bez zła, czerni bez bieli. Nie było też radości bez cierpienia. Jeśli jednak nie miał szczęśliwego początku, nie sądził, żeby miał szansę na szczęśliwy koniec to chociaż chciał dostać szczęśliwy środek. Bez względu na to, jakie wydarzenia go otaczały, jacy ludzie poza samym Kaydenem, to chwile z nim były jak taplanie się w wannie, w której woda była wyciśniętym z gwiazd syropem. Lekka, nie mogła się w niej pomarszczyć skóra. I z tym miodem. Nieprzesadnie słodkim. Miał taki sen, takie wyobrażenie - siebie w ramionach kogoś, kto skrzywdził wielu ludzi. Jego skrzywdził również. W tym sennym wyobrażeniu nie było jednak bólu (niepożądanego). Teraz wyobrażał sobie Kaydena w mlecznej kąpieli z płatkami róż. Dobrze, że nie miał problemu z naczynkami krwionośnymi, bo chyba zacząłby krwawić z nosa. Ten człowiek robił coś z ciałem, coś z psychiką... nie dziwił się, że mógł mieć pewnie każdą i ta każda chciała się wcisnąć mu do łóżka. Bo posiąść go chociaż na kilka godzin to jak wygrać z Bogiem w pokera. Łut szczęścia, dawka dopaminy i ekstazy wbita strzykawką do krwi. Nie wierzył więc, że on sam mógł wygrać coś więcej niż jedną partyjkę. A jednak Kayden był. I tak (nie)śmiesznie szukał wybaczenia... to wszystko do siebie nie pasowało. On do niego przecież nie pasował, tak? Chciał pasować. Chciał znów nie wątpić, nie myśleć o niczym, tylko o tych motylkach w brzuchu, które nigdy nie były tak intensywne jak przy nim. Ten człowiek poszedł na wyścigi, bo teraz miał powód. To prawda - do galerii sztuki, na wernisaże, do teatru chodzi się po to, żeby móc wymieniać z kimś doświadczenia i opinie, z kim poza tym nie miałbyś o czym mówić. Nie musisz tego nawet bardzo lubić... nie o to chodziło. Za dużo w tym świecie było rzeczy na pokaz. Kayden nie poszedł na wyścigi na pokaz.
Ta oddalająca się odpowiedź bardzo mocno wepchnęłaby go w fotel, gdyby nie wzrost wiary, wzrost trzepotu uwielbienia jeszcze jedno zdanie temu. Tak, Laurent nie odpowiedział na jego pytanie. A odpowiedź Kaydena była... najgorszą z możliwych odpowiedzi, jakie można udzielić. Dlatego sam nigdy nie tworzył takich sytuacji - mówił wprost. Nie kocham cię. Mimo tego, co teraz rozrywało ich i oddalało od siebie nie potrafił tego powiedzieć Kaydenowi. Potrafił powiedzieć za to, że naprawdę się zakochał. W formie przeszłej, albo teraźniejszej? Celowo nie nadał temu konkretnego czasu. Bo zakochał się. Tak bardzo zauroczył, że machał nogami w łóżku i działał jak pod wpływem eliksiru wzmagającego siły, pobudzającego pod każdym względem. Biegał w skowronkach i chciał, żeby każdy posłuchał, że się zakochał! Chciał opowiadać każdemu o... piękniej, ciemnowłosej niewieście ze stalowymi oczami. O tym, jaka jest fantastyczna i jak mąci mu w głowie. I trajkotać o tym, że, mój Boże, zaplanował już dla nich całą przyszłość i on to widział to tak, siak i śmak. Tylko dzieci z tego nie będzie. O tym nie wspominał. Oddalała się Kaydena odpowiedź... i zaraz przybliżyła tak intensywnie, że Laurent wstrzymał dech w piersi. Otworzył szeroko oczy. Puścił palce zaciśnięte na szklance o tyle, żeby się z nich nie wyślizgnęła i jego twarz podążyła za dotykiem, a wzrok napotkał tę pościel ze srebrzystego splotu, która była jego oczami. Jak bardzo mu się to podobało... jak bardzo kochał to, że groźby wilka zamieniał się przed nim w słodkiego szczeniaczka. I wcale nie przestawał być przez to wilkiem, niczego mu nie ubywało. Stawał się taki... swój. Oswojony.
Serce uderzyło mu w klatce piersiowej tak mocno, że wymusiło wręcz nabranie powietrza.
Jedna ręka Laurenta zacisnęła się mocno na nadgarstku Kaydena. Bardzo mocno. Druga ułożyła się na jego drugim ramieniu tak delikatnie, jakby bał się go uszkodzić. Z jednej strony chciał mu powiedzieć, żeby w końcu wziął go jakby zawsze należał do niego, a druga strona chciała szeptać, żeby oplatał go tym anielskim puchem, jaki na niego sprowadzał i nie pozwalał temu na zmianę. Sławne dwa wilki, które trzeba karmić, co? Laurent zawsze był niewolnikiem swojego własnego ciała i swoich rządz.
- Och... uf... - Cichutkie dźwięki przesmyknęły się między jego ustami w próbach uformowania jakiegoś zdania. Nie bardzo mu to wychodziło. - Chyba... chyba... - Próbował dalej... ale w końcu się poddał. Zarzucił te ręce na jego szyję i przyciągnął się do niego, kradnąc jego usta i oddech dla siebie.