25.02.2024, 18:00 ✶
Patrick posłał Alannie cierpkie spojrzenie. Nawet ołówek, który wsadziła sobie za ucho działał mu na nerwy. No naprawdę, to się Stella Avery nastarała z intrygą. Co dalej? Jeszcze pewnie pokazała rysunki Clare Carrow, żeby ta mogła je bez opamiętania przerysowywać i udawać, że od zawsze miała taką kreskę. Nie chciał nawet na nie patrzeć. Zwłaszcza, że patrząc na to, co pokazały mu nici Alanny, jej się naprawdę wydawało, że go kocha.
- Nie. – Tak, że jeśli komukolwiek powiesz słowo o tym kto pomógł ci ze zmianą twarzy, to niezależnie od tego gdzie uciekniesz ja cię znajdę i samodzielnie zabiję. – Chociaż możliwe, że sama cię rozpozna. W końcu w Ministerstwie Magii już wiedzą, że spłonęło twoje mieszkanie. Nie mają tylko pojęcia, czy spaliłaś je sama, czy też ktoś ci w tym pomógł.
I pewnie najłatwiej by było, gdyby Steward pomógł siedzącej w jego kawalerce kobiecie bardziej. Wymyślił jakąś jedną, spójną wersję, zamiast ograniczać się w wiadomości do „była w niebezpieczeństwie”, ale nie miał na to ochoty. Targało nim za dużo negatywnych emocji na takie zabawy.
Podniósł głowę, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Ostatni raz poprawił zarzucone na obraz prześcieradło. Przeciął szybko korytarzyk i otworzył drzwi przed Brenną. Wpuścił ją do środka i przekręcił zamek w drzwiach. Obrzucił brygadzistkę spojrzeniem od stóp do czubka głowy, jeśli zauważył jej delikatną metamorfozę, nie dał tego po sobie poznać. Sam za to wyglądał na… poirytowanego. I to poirytowanie gościło w nim już wtedy, gdy otwierał drzwi, więc nie mogło być skierowane przeciwko Longbottom.
- Dziękuję, że się zjawiłaś – rzucił na powitanie. Gdy się do niej odzywał miał dużo przyjaźniejszy głos, niż wtedy, gdy rozmawiał z Alanną. – Nie. Wystarczy, że pomożesz jej ze zmianą rysów twarzy – zapewnił Brennę.
A potem poprowadził ją przez ten niemiłosiernie krótki korytarzyk do salono – sypialnio – pracowni, by stanęła twarzą w twarz z kobietą, której miała pomóc. Nie zamierzał ingerować w rozmowę między nimi, choć gdyby Carrow zechciała nagle upodobnić się do Clare, zacząłby głośno protestować i chyba nawet nawrzeszczałby na nią z frustracji. A potem z pełną premedytacją ściągnąłby do kawalerki Stellę Avery i powiedział do niej: proszę, stworzyłaś potwora to go sobie zabierz w cholerę. Nie zapomnijcie tylko we dwie powiedzieć Martinowi, że po świecie biega baba z twarzą jego zmarłej żony.
Tymczasem oparł się plecami o ścianę, wybierając akurat ten jej fragment, na którym ani nie wisiał żaden obraz, ani na podłodze nie rozstawiono farb. Założył ręce na piersiach i po prostu przypatrywał się działaniom obydwu kobiet ponurym wzrokiem. Może to było trochę nie na miejscu i powinien dać im odrobinę prywatności, ale wolał mieć pewność, że Carrow naprawdę nie spróbuje dołożyć sobie jeszcze fizycznego podobieństwa do Clare.
- Nie. – Tak, że jeśli komukolwiek powiesz słowo o tym kto pomógł ci ze zmianą twarzy, to niezależnie od tego gdzie uciekniesz ja cię znajdę i samodzielnie zabiję. – Chociaż możliwe, że sama cię rozpozna. W końcu w Ministerstwie Magii już wiedzą, że spłonęło twoje mieszkanie. Nie mają tylko pojęcia, czy spaliłaś je sama, czy też ktoś ci w tym pomógł.
I pewnie najłatwiej by było, gdyby Steward pomógł siedzącej w jego kawalerce kobiecie bardziej. Wymyślił jakąś jedną, spójną wersję, zamiast ograniczać się w wiadomości do „była w niebezpieczeństwie”, ale nie miał na to ochoty. Targało nim za dużo negatywnych emocji na takie zabawy.
Podniósł głowę, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Ostatni raz poprawił zarzucone na obraz prześcieradło. Przeciął szybko korytarzyk i otworzył drzwi przed Brenną. Wpuścił ją do środka i przekręcił zamek w drzwiach. Obrzucił brygadzistkę spojrzeniem od stóp do czubka głowy, jeśli zauważył jej delikatną metamorfozę, nie dał tego po sobie poznać. Sam za to wyglądał na… poirytowanego. I to poirytowanie gościło w nim już wtedy, gdy otwierał drzwi, więc nie mogło być skierowane przeciwko Longbottom.
- Dziękuję, że się zjawiłaś – rzucił na powitanie. Gdy się do niej odzywał miał dużo przyjaźniejszy głos, niż wtedy, gdy rozmawiał z Alanną. – Nie. Wystarczy, że pomożesz jej ze zmianą rysów twarzy – zapewnił Brennę.
A potem poprowadził ją przez ten niemiłosiernie krótki korytarzyk do salono – sypialnio – pracowni, by stanęła twarzą w twarz z kobietą, której miała pomóc. Nie zamierzał ingerować w rozmowę między nimi, choć gdyby Carrow zechciała nagle upodobnić się do Clare, zacząłby głośno protestować i chyba nawet nawrzeszczałby na nią z frustracji. A potem z pełną premedytacją ściągnąłby do kawalerki Stellę Avery i powiedział do niej: proszę, stworzyłaś potwora to go sobie zabierz w cholerę. Nie zapomnijcie tylko we dwie powiedzieć Martinowi, że po świecie biega baba z twarzą jego zmarłej żony.
Tymczasem oparł się plecami o ścianę, wybierając akurat ten jej fragment, na którym ani nie wisiał żaden obraz, ani na podłodze nie rozstawiono farb. Założył ręce na piersiach i po prostu przypatrywał się działaniom obydwu kobiet ponurym wzrokiem. Może to było trochę nie na miejscu i powinien dać im odrobinę prywatności, ale wolał mieć pewność, że Carrow naprawdę nie spróbuje dołożyć sobie jeszcze fizycznego podobieństwa do Clare.