25.02.2024, 18:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.05.2024, 21:09 przez Brenna Longbottom.)
– Nie ma sprawy – odparła krótko, a potem skinieniem głowy zaakceptowała udzielaną informację. I chwilę później jej spojrzenie powędrowały ku Alannie Carrow.
Oczywiście, że Brenna ją rozpoznała.
Nie miały ze sobą wielu kontaktów – trudno było mówić tu nie tylko o przyjaźni, ale też o zwyklej znajomości. Alanna była jednak zaledwie dwa roczniki niżej w Hogwarcie i też pracowała w Ministerstwie, Brenna więc przez lata mijała ją na korytarzach i to komuś takiemu jak ona wystarczyło, aby zakodować podstawowe informacje. Slytherin. Niezbyt uprzejma. Półkrwi, ale z rodu dość znanego, i odnosząca się do mugolaków z jawną pogardą. Jedna z tych, które chciałyby błyszczeć w gronie rówieśników i pracowników, ale niezbyt im to wychodziło. Wypadek i wreszcie dzisiejszy pożar. Jak się okazywało, zapewne celowy.
Jeżeli coś w tej opowieści Brennę zdziwiło i mocno wyróżniło na tle innych, podobnych, z którymi miała dotąd do czynienia, to było to jedno: Patrick nie ujawniał istnienia tej kawalerki każdemu. Nawet nie wszyscy członkowie Zakonu Feniksa o niej wiedzieli. To było miejsce jego ucieczki przed światem magicznym, a przy okazji fakt, że mało kto znał ten adres, był najlepszym zabezpieczeniem przed potencjalnym atakiem.
Skoro sprowadził tutaj Alannę Carrow, nie mogła być przypadkową osobą, która zwróciła się o pomoc.
– Pokaż się – zażądała Brenna, siadając obok Alanny, gdziekolwiek znalazło się miejsce. Nie pytała. Ani jej, ani jego. Jeżeli Steward zechce coś wyjaśnić, to zrobi to we właściwym czasie. Tymczasem Brenna bezceremonialnie sięgnęła ku twarzy Carrow – w końcu po to tutaj była – by przeciągnąć palcami po jej kościach policzkowych, nosie, czole. Poznać strukturę kostną, poszukać sposobu na zmodyfikowanie tego wszystkiego tak, by nie przypominała siebie, ale nie stała się jakimś groteskowym wytworem, nie miała problemów z mimiką. – Jakieś specjalne życzenia? Moim zdaniem koniecznie trzeba usunąć te piegi, mocno rzucają się w oczy. Zmiana kształtu nosa i ust powinna być prosta i dać dobry efekt. Nie ruszałabym podbródka, to może zniekształcić całą twarz. Jeżeli musisz się ukrywać, poza tym powinnam ci ściąć włosy. Mam przy sobie ciemną farbę i płukankę rozjaśniającą, co wolisz. Nie będzie to może wyglądało oszałamiająco, ale nikt nie rozpozna cię na ulicy- oświadczyła, bo chociaż modyfikować mogła tylko twarze, to zdążyła już dawno zrozumieć, że do takiej sprawy najlepiej podejść kompleksowo. A w przypadku Alanny Carrow znakami rozpoznawczymi były ewidentnie to morze piegów oraz szopa rudych włosów. Pozbycie się ich da znacznie więcej niż zmniejszenie jej nosa. – Nie możesz stać się wielką pięknością: właściwie już teraz jesteś trochę za ładna. Jeżeli nie chcesz rzucać się w oczy, powinnyśmy stawiać na wygląd, który nie przyciąga uwagi. Nie będziesz oczywiście wyglądała źle, ale nie byłoby dobrze, gdyby każdy mężczyzna się za tobą obejrzał na ulicy. Musisz też zmienić styl ubierania. Drastycznie. Jeżeli nosiłaś spódnice, od tej pory nosisz spodnie, jeśli wybierałaś spodnie, noś spódnice. Biel zastąp czernią, czerwień zielenią i tak dalej. Pozbyć się dotychczas noszonej biżuterii, zmienić perfumy, sposób malowania się, zapach szamponu – instruowała. Mówiła spokojnie, trochę jak nauczycielka, udzielająca wykładu. To były rzeczy, o których ludzie zwykle nie myśleli i myśleć nie chcieli: bo to nie było coś, na co chcieli się zdecydować. Bo sprawiało, że jeszcze mniej czułeś się sobą.
Ale jeżeli zmieniałeś tożsamość, nie powinny cię zdradzać drobiazgi. Gestów, intonacji, nie dało się zmienić na zawołanie. Ale zmiana twarzy zmieniała mimikę, a ubrania, nawyki dotyczące biżuterii czy zapachów, mogły odmienić człowieka nie do poznania.
Jeśli nie czułeś się sobą, była mniejsza szansa, że ktoś "ciebie" rozpozna.
Oczywiście, że Brenna ją rozpoznała.
Nie miały ze sobą wielu kontaktów – trudno było mówić tu nie tylko o przyjaźni, ale też o zwyklej znajomości. Alanna była jednak zaledwie dwa roczniki niżej w Hogwarcie i też pracowała w Ministerstwie, Brenna więc przez lata mijała ją na korytarzach i to komuś takiemu jak ona wystarczyło, aby zakodować podstawowe informacje. Slytherin. Niezbyt uprzejma. Półkrwi, ale z rodu dość znanego, i odnosząca się do mugolaków z jawną pogardą. Jedna z tych, które chciałyby błyszczeć w gronie rówieśników i pracowników, ale niezbyt im to wychodziło. Wypadek i wreszcie dzisiejszy pożar. Jak się okazywało, zapewne celowy.
Jeżeli coś w tej opowieści Brennę zdziwiło i mocno wyróżniło na tle innych, podobnych, z którymi miała dotąd do czynienia, to było to jedno: Patrick nie ujawniał istnienia tej kawalerki każdemu. Nawet nie wszyscy członkowie Zakonu Feniksa o niej wiedzieli. To było miejsce jego ucieczki przed światem magicznym, a przy okazji fakt, że mało kto znał ten adres, był najlepszym zabezpieczeniem przed potencjalnym atakiem.
Skoro sprowadził tutaj Alannę Carrow, nie mogła być przypadkową osobą, która zwróciła się o pomoc.
– Pokaż się – zażądała Brenna, siadając obok Alanny, gdziekolwiek znalazło się miejsce. Nie pytała. Ani jej, ani jego. Jeżeli Steward zechce coś wyjaśnić, to zrobi to we właściwym czasie. Tymczasem Brenna bezceremonialnie sięgnęła ku twarzy Carrow – w końcu po to tutaj była – by przeciągnąć palcami po jej kościach policzkowych, nosie, czole. Poznać strukturę kostną, poszukać sposobu na zmodyfikowanie tego wszystkiego tak, by nie przypominała siebie, ale nie stała się jakimś groteskowym wytworem, nie miała problemów z mimiką. – Jakieś specjalne życzenia? Moim zdaniem koniecznie trzeba usunąć te piegi, mocno rzucają się w oczy. Zmiana kształtu nosa i ust powinna być prosta i dać dobry efekt. Nie ruszałabym podbródka, to może zniekształcić całą twarz. Jeżeli musisz się ukrywać, poza tym powinnam ci ściąć włosy. Mam przy sobie ciemną farbę i płukankę rozjaśniającą, co wolisz. Nie będzie to może wyglądało oszałamiająco, ale nikt nie rozpozna cię na ulicy- oświadczyła, bo chociaż modyfikować mogła tylko twarze, to zdążyła już dawno zrozumieć, że do takiej sprawy najlepiej podejść kompleksowo. A w przypadku Alanny Carrow znakami rozpoznawczymi były ewidentnie to morze piegów oraz szopa rudych włosów. Pozbycie się ich da znacznie więcej niż zmniejszenie jej nosa. – Nie możesz stać się wielką pięknością: właściwie już teraz jesteś trochę za ładna. Jeżeli nie chcesz rzucać się w oczy, powinnyśmy stawiać na wygląd, który nie przyciąga uwagi. Nie będziesz oczywiście wyglądała źle, ale nie byłoby dobrze, gdyby każdy mężczyzna się za tobą obejrzał na ulicy. Musisz też zmienić styl ubierania. Drastycznie. Jeżeli nosiłaś spódnice, od tej pory nosisz spodnie, jeśli wybierałaś spodnie, noś spódnice. Biel zastąp czernią, czerwień zielenią i tak dalej. Pozbyć się dotychczas noszonej biżuterii, zmienić perfumy, sposób malowania się, zapach szamponu – instruowała. Mówiła spokojnie, trochę jak nauczycielka, udzielająca wykładu. To były rzeczy, o których ludzie zwykle nie myśleli i myśleć nie chcieli: bo to nie było coś, na co chcieli się zdecydować. Bo sprawiało, że jeszcze mniej czułeś się sobą.
Ale jeżeli zmieniałeś tożsamość, nie powinny cię zdradzać drobiazgi. Gestów, intonacji, nie dało się zmienić na zawołanie. Ale zmiana twarzy zmieniała mimikę, a ubrania, nawyki dotyczące biżuterii czy zapachów, mogły odmienić człowieka nie do poznania.
Jeśli nie czułeś się sobą, była mniejsza szansa, że ktoś "ciebie" rozpozna.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.