25.02.2024, 18:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.02.2024, 18:58 przez Brenna Longbottom.)
– Pogadam z nią – westchnęła Brenna po prostu, przymykając na moment oczy. Nie chciała zrzucać tego na Mavelle. Potrzebowała po prostu trzech minut, i chociaż zwykle człowiek wolał nie powtarzać tej samej historii kilka razy, to ona uznała, że chyba jednak tak woli: najpierw wyjaśnić wszystko Bones, a dopiero potem wytłumaczyć matce, dlaczego nagle nie było z nią żadnego kontaktu i niektórzy zaczęli sądzić, że ubili ją śmierciożercy.
Nie mogła nawet winić Erika. To znaczy, gdyby on tak znikł, Brenna nie powiedziałaby niczego matce – ale już kuzynce, ojcu i Patrickowi owszem, a potem popędziła go szukać. Brat trochę się zapędził, ale to też nie tak, że mogła mieć o to pretensje…
Sięgnęła po podstawiony jej kubek i uśmiechnęła się do Mavelle z wdzięcznością. Przestudziła czekoladę zaklęciem tylko odrobinę, o tyle, by nie poparzyć sobie warg, gdy uniosła kubek do ust. Zawsze lubiła gorącą czekoladę, ale tym razem ta smakowała wprost niebiańsko. Zaledwie po paru łykach jednak Brenna odstawiła naczynie i całą uwagę skupiła na Mavelle, jedynie machinalnie głaszcząc psa, który ułożył się na jej kolanach.
Wszystko o czym mówiła Mavelle brzmiało tak znajomo.
Wielka ulewa, gościnny pan Binns, domek… Brenna sama pewnie uznałaby, że to wszystko się nie wydarzyło, tak strasznie było absurdalne, gdyby nie to, że nie trafiła tam sama – i że Atreus zdawał się mieć dokładnie takie same wspomnienia z wieczora, jak ona.
– Nie widziałam portretu, ale rano nawet się tam nie rozglądałam – przyznała, przeczesując palcami włosy, które niedawno wysuszyła zaklęciem. Nie zeszli nawet na parter, zresztą nie była pewna, czy odważyłaby się zejść po tych schodach, które wyglądały, jakby trzymały się tylko na słowo honoru. – Od razu teleportowaliśmy się do Ministerstwa, żeby wszystko wyjaśnić… Było ich cztery. Córek pana Binnsa. Colette, Flosie, Luna i Mabela. Ich pies mówił i bardzo lubił, żeby go głaskać. Collette... była wysoka i bardzo blada, jak teraz o tym myślę, wyglądała trochę niezdrowo, Mabela przypominała Binnsa, a Flosie miała rude włosy... – wyliczyła Brenna powoli. Sama do tej pory nie miała pojęcia, czy te dziewczyny i ich ojciec były jakimś snem, halucynacją czy może duchami, które mocą jakiegoś przedziwnego zaklęcia zdawały się żywe…
Do północy.
Jak to powiedziała Mabela? Bo o północy kończą się wszystkie czary?
– Bardzo mili, bardzo gościnni, pełni chęci pomocy. Ale rano okazało się, że dom to rudera, w dachu zieje dziura, koce były przegniłe… – Brenna wzdrygnęła się lekko. Zdarzało się jej nocować w różnych warunkach, także pod gołym niebem. Z dwojga złego też lepiej było spać w tej ruderze niż na zewnątrz, bo jednak ściany chroniły przed chłodem, póki siedzieli na parterze parę godzin nie padał na nich deszcz. Ale i tak było coś upiornego w tym, w jaki sposób oszukano ich umysły, i jak odpoczynek zamienił się w przedziwną, trochę straszną przygodę. – Myślisz, że to były duchy? A może na ten dom rzucono jakieś czary i tworzy widma? Ta ulewa… W Londynie wczoraj wcale nie padało. Nawet nie wiem, gdzie nas wyrzuciło. Może gdzieś do Szkocji albo Walii.
Nie mogła nawet winić Erika. To znaczy, gdyby on tak znikł, Brenna nie powiedziałaby niczego matce – ale już kuzynce, ojcu i Patrickowi owszem, a potem popędziła go szukać. Brat trochę się zapędził, ale to też nie tak, że mogła mieć o to pretensje…
Sięgnęła po podstawiony jej kubek i uśmiechnęła się do Mavelle z wdzięcznością. Przestudziła czekoladę zaklęciem tylko odrobinę, o tyle, by nie poparzyć sobie warg, gdy uniosła kubek do ust. Zawsze lubiła gorącą czekoladę, ale tym razem ta smakowała wprost niebiańsko. Zaledwie po paru łykach jednak Brenna odstawiła naczynie i całą uwagę skupiła na Mavelle, jedynie machinalnie głaszcząc psa, który ułożył się na jej kolanach.
Wszystko o czym mówiła Mavelle brzmiało tak znajomo.
Wielka ulewa, gościnny pan Binns, domek… Brenna sama pewnie uznałaby, że to wszystko się nie wydarzyło, tak strasznie było absurdalne, gdyby nie to, że nie trafiła tam sama – i że Atreus zdawał się mieć dokładnie takie same wspomnienia z wieczora, jak ona.
– Nie widziałam portretu, ale rano nawet się tam nie rozglądałam – przyznała, przeczesując palcami włosy, które niedawno wysuszyła zaklęciem. Nie zeszli nawet na parter, zresztą nie była pewna, czy odważyłaby się zejść po tych schodach, które wyglądały, jakby trzymały się tylko na słowo honoru. – Od razu teleportowaliśmy się do Ministerstwa, żeby wszystko wyjaśnić… Było ich cztery. Córek pana Binnsa. Colette, Flosie, Luna i Mabela. Ich pies mówił i bardzo lubił, żeby go głaskać. Collette... była wysoka i bardzo blada, jak teraz o tym myślę, wyglądała trochę niezdrowo, Mabela przypominała Binnsa, a Flosie miała rude włosy... – wyliczyła Brenna powoli. Sama do tej pory nie miała pojęcia, czy te dziewczyny i ich ojciec były jakimś snem, halucynacją czy może duchami, które mocą jakiegoś przedziwnego zaklęcia zdawały się żywe…
Do północy.
Jak to powiedziała Mabela? Bo o północy kończą się wszystkie czary?
– Bardzo mili, bardzo gościnni, pełni chęci pomocy. Ale rano okazało się, że dom to rudera, w dachu zieje dziura, koce były przegniłe… – Brenna wzdrygnęła się lekko. Zdarzało się jej nocować w różnych warunkach, także pod gołym niebem. Z dwojga złego też lepiej było spać w tej ruderze niż na zewnątrz, bo jednak ściany chroniły przed chłodem, póki siedzieli na parterze parę godzin nie padał na nich deszcz. Ale i tak było coś upiornego w tym, w jaki sposób oszukano ich umysły, i jak odpoczynek zamienił się w przedziwną, trochę straszną przygodę. – Myślisz, że to były duchy? A może na ten dom rzucono jakieś czary i tworzy widma? Ta ulewa… W Londynie wczoraj wcale nie padało. Nawet nie wiem, gdzie nas wyrzuciło. Może gdzieś do Szkocji albo Walii.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.