— Nie jest tak źle — wymamrotał, nie skupiając się dłużej na tych dziwnych czułościach następujących po jeszcze dziwniejszej bójce sprowokowanej zlepkiem kilku nieodpowiednich w ich mniemaniu słów, które dotarły do ich uszu zupełnym przypadkiem i zdecydowanie nieproszone.
W rzeczywistości rozbity nos faktycznie obficie krwawił; posoka spływała po wargach i w dalszej wędrówce po brodzie, żeby ostatecznie barwić kołnierzyk przy czarodziejskiej szaty fantazyjnymi wzorami. Dostawała się mu do ust ze znajomym, metalicznym posmakiem, który Logan przełykał gorliwie wraz ze śliną; za każdym razem zaś odkrywał coraz szerszy zakres bólu własnej twarzy oraz te jej obszary, o których do tej pory nie miał pojęcia. Ponadto świat przed oczami wirował coraz szybciej, a mózg obijał się w czaszce z nieprzyjemnym chlupotem.
Dłonie Loretty przesuwające się po kościach policzkowych były kolejnym bodźcem uwydatniającym ból. Logan syknął, kiedy starła krew ze skóry twarzy. Nie odepchnął jej jednak, bo pustka i obojętność rozlały się w jego ciele, obejmując całe jego jestestwo. Przyglądał się bez wyrazu, jak dziewczyna po sobie — po nich — sprząta, po czym porzuca nieprzytomne ciała, nie sprawdziwszy nawet tętna.
Dobra dziewczynka.
Dał się pociągnąć w kierunku zacienionego kamienicą chodnika, nie protestując w obliczu tej dziwnej stanowczości ze strony Loretty. Właściwie do minimum ograniczył jakąkolwiek aktywność; nawet mrugając, starał się nie wysilać żadnego mięśnia. Ciężko jednak powiedzieć, żeby dotykanie obitej twarzy sprawiało mu przyjemność, dlatego gdy Loretta zajęła się ranami, on regularnie brzydko się krzywił. Kiedy wreszcie uznał, że wystarczy mu już tej zabawy w posłusznego pacjenta i troskliwą pielęgniarkę — kiedy wyrównał oddech, a świat przestał się kręcić jak szalony — złapał nadgarstek dziewczyny i odsunął go od siebie, wyraźnie sygnalizując, że to koniec.
— Nie powinniśmy… Tutaj siedzieć — westchnął wreszcie, choć musiał zrobić krótką pauzę, żeby wypowiedzieć tych kilka prostych słów. Pewnie to ten gruby ze swoją ciężką pięścią zafundował mu wstrząs mózgu. — Ktoś może przechodzić. Zobaczy nas. — Były to krótkie, rzucane na wydechu komunikaty. Logan przełknął ślinę i puścił jej dłoń, a następnie z trudem się podniósł. Nie marnował sił na otrzepanie się z ulicznego kurzu; i tak wyglądał fatalnie, a na wizerunku nigdy mu szczególnie nie zależało. — Chodź.
Razem, tempem raczej ślimaczym, ruszyli wzdłuż ulicy, zostawiając za sobą nieprzytomne ciała miłośników szlam.
— Jednak nawet najnudniejszy wieczór jest do uratowania — prychnął kąśliwie Logan. W porównaniu z wystawą, bójka na ulicy pośrodku lepkiej i dusznej nocy wydawała się niepojęcie bardziej interesująca. Przynajmniej dla niego; miał okazję ponownie zobaczyć zwierzę, które go w Loretcie najbardziej fascynowało, a które trzymała na krótkiej smyczy. Ironiczny uśmiech zatrzymał jednak dla siebie; nos pulsował tępym bólem.
Po chwili zniknęli za zakrętem węższej alejki i zniknęli w cieniach bezgwiezdnej nocy.
just wanna bury them