Różdżkę trzymał w pogotowiu, gdy drzwi Strażnicv powoli się otwierały. Czuł jak serce mu zamarło, bo nie wiedział czego się spodziewać. Byli tu bezpieczni, prawda? Na szczęście w drzwiach pojawiła się znajoma twarz, poczuł pierwszy raz ulgę. Jego rozbiegane oczy nerwowo przeszukiwały otoczenie, zatrzymywał się dłużej na twarzach, które znał i szukał tych, których kochał, tych, o których bezpieczeństwo chciał zadbać. Słuchał z uwagą słów kobiety, ale nie mógł się na nich skupić. Dopiero jak usłyszał imię swojej siostrzenicy poczuł jak coś wbija mu się w serce, poczuł taki dziwny ból w klatce, zrobiło mu się ciepło, aż musiał oprzeć się o najbliższą ścianę. Przeczesał włosy dłonią i pokręcił głową.
– Nie, niemożliwe – wyparcie. Nie był w stanie w to uwierzyć. Florence miała przeżyć, każdy z jego rodziny miał przeżyć. – Co z Laurentem? Mój brat, Edward, coś o nim wiecie? – jego pytania utonęły w panice Erika. Spojrzał na niego, a potem do niego dotarło, że nie było tu Paskudy, że Dora użyła słowa też, że nie powiedziała, gdzie jest jedna z najważniejszych osób w tym całym miejscu. Znowu poczuł jak robi mu się nie dobrze, ale musiał zachować zimną krew.
Brenna mogła zaginąć, nie? Nie mogła umrzeć. Była nieśmiertelna. Tyle razy uniknęła śmierci, nie mogła umrzeć! Złapał Erika za ramię może nawet zbyt mocno, bo nie panował nad swoimi emocjami, nad swoją siłą, nad tą sytuacją. Czuł przerażenie, które wzbierało się w nim z każdą sekundą. Musiał zachować zimną krew. Nie potrafił. Nie wiedział jak. Nie był przygotowany na taki scenariusz. Naprawdę sądził, że wygrają, że nikt ich nie pokona. Byli przecież tymi dobrymi, a dobrzy zawsze wygrywają.
Chrząknął, wyprostował się, zabrał dłoń z ramienia Erika. Co miał robić? Miał być żołnierzem. Potrzebował rozkazów. Czuł jak jego dłonie się trzęsą, że nie może utrzymać różdżki, więc zacisnął mocniej dłonie w pięści.