25.02.2024, 22:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.03.2024, 00:11 przez Erik Longbottom.)
Ach, te listy... W ostatnich dniach wszystko zdawało się wokół nich obracać. Niezliczeni mędrcy, poeci i artyści twierdzili, że prawda mogła wyzwolić człowieka spod każdego ciężaru. Czy w przypadku Longbottoma i Dolohova właśnie tak było? Erik postrzegał posłanie listu do Selwyna jako moment słabości.
Pozwolił sobie na odrobinę nadziei i spojrzał z nostalgią w przeszłość i napytał sobie biedy. Gdy tylko przebudził się, wiedział, że popełnił okropny błąd, a słynne poczucie ulgi nigdy nie nadeszło. Nie było w tym żadnego wybawienia, tylko przekleństwo, które sam na siebie sprowadził. I najwyraźniej nawet w łaźniach miejskich nie było mu dane oczyścić umysłu. Zawsze ktoś musiał się zjawić w najmniej spodziewanym momencie.
To nawet nie chodziło stricte o Dolohova; każda znajoma twarz podziałałaby na niego tak samo. Nie był to Elliott, Perseusz czy nawet Thomas, ale był to ktoś, kto go znał. A to oznaczało często chęć rozmowy i zawiązania dialogu, co z kolei prowadziło do stymulacji szarych komórek, które Longbottom próbował na siłę usadzić na miejscu, żeby mógł w końcu na moment odciąć się od otaczającego go świata.
— Ranisz mnie. Tylko nić? — rzucił prowokująco, próbując przekuć podirytowanie w głosie w coś przyjemniejszego dla ucha. — Na tym etapie oczekiwałbym raczej sznura. Długiego i mocnego, takiego jakiego wykorzystuje się na wielkich statkach towarowych. Bądź co bądź, opowiedziałem ci, co takiego zobaczyłem w ogniu. Czyż to nas do siebie nie zbliżyło? — Zmarszczył brwi. — A może dopiero zbliży?
Ile czasu minęło od ich spotkania w Prawach Czasu? Dwa miesiące, dwa i pół? Myślałby kto, że po takim czasie kwestię Beltane zostawią daleko za sobą. Że Ministerstwo Magii upora się ze wszelkimi konsekwencjami tego strasznego ataku. Zamiast tego żyli w ciągłej niepewności, acz powoli testowali granice, sprawdzając, czy przypadkiem nie są już bezpieczni. Te momenty były najgorsze. Cisza przed burzą, a po burzy... Kto wie, co mogło ich czekać?
— Wybacz, jesli nieco się zapędziłem. Jasnowidzenie mam we krwi. Takie geny. — Kąciki jego ust drgnęły w psotnym uśmieszku. — Oczywiście, mogę zwolnić, jeśli nie nadążasz. — Rozchylił powieki, pozwalając sobie nacieszyć oczy widokiem starszego czarodzieja. — Chociaż skoro znamy się się już tak dobrze, to podejrzewam, że dotrzymanie mi kroku nie będzie dla ciebie wyzwaniem.
Mierzył się w pojedynkach słownych z rodzeństwem Malfoyów, cierpliwie znosił wywody i peany Morfeusza skierowane do greckich bóstw, czemu miałby się martwić o siebie? Wisienką na torcie była jego arogancja, że potrafił dogadać się z każdym. Ciekawe, czy wróżbita postanowi sprawdzić, jak głęboko zakorzeniona jest w Longbottomie ta pewność siebie i ile trzeba się nakopać, aby ją zruszyć.
Wywrócił teatralnie oczami, kiedy odmówiono mu łaski. Ktoś tu nie ma dziś humoru, pomyślał przelotnie. Przywarł mocniej plecami do ścianki basenu i rozłożył ręce na jego krawędzi.
— Liczyłem na nieco bardziej aktywne wsparcie — żachnął się, a jego palce zabębniły cicho o wyłożony płytkami brzeg basenu. Nieme zaproszenie czy oznaka podenerwowania? — Czyli co masz dzisiaj w karcie? Okrucieństwo? Tylko i wyłącznie? — Wyciosał na swojej zmęczonej twarzy uprzejmy uśmiech. — Może jednak przemyślisz tę łaskę? Po starej znajomości?
Pozwolił sobie na odrobinę nadziei i spojrzał z nostalgią w przeszłość i napytał sobie biedy. Gdy tylko przebudził się, wiedział, że popełnił okropny błąd, a słynne poczucie ulgi nigdy nie nadeszło. Nie było w tym żadnego wybawienia, tylko przekleństwo, które sam na siebie sprowadził. I najwyraźniej nawet w łaźniach miejskich nie było mu dane oczyścić umysłu. Zawsze ktoś musiał się zjawić w najmniej spodziewanym momencie.
To nawet nie chodziło stricte o Dolohova; każda znajoma twarz podziałałaby na niego tak samo. Nie był to Elliott, Perseusz czy nawet Thomas, ale był to ktoś, kto go znał. A to oznaczało często chęć rozmowy i zawiązania dialogu, co z kolei prowadziło do stymulacji szarych komórek, które Longbottom próbował na siłę usadzić na miejscu, żeby mógł w końcu na moment odciąć się od otaczającego go świata.
— Ranisz mnie. Tylko nić? — rzucił prowokująco, próbując przekuć podirytowanie w głosie w coś przyjemniejszego dla ucha. — Na tym etapie oczekiwałbym raczej sznura. Długiego i mocnego, takiego jakiego wykorzystuje się na wielkich statkach towarowych. Bądź co bądź, opowiedziałem ci, co takiego zobaczyłem w ogniu. Czyż to nas do siebie nie zbliżyło? — Zmarszczył brwi. — A może dopiero zbliży?
Ile czasu minęło od ich spotkania w Prawach Czasu? Dwa miesiące, dwa i pół? Myślałby kto, że po takim czasie kwestię Beltane zostawią daleko za sobą. Że Ministerstwo Magii upora się ze wszelkimi konsekwencjami tego strasznego ataku. Zamiast tego żyli w ciągłej niepewności, acz powoli testowali granice, sprawdzając, czy przypadkiem nie są już bezpieczni. Te momenty były najgorsze. Cisza przed burzą, a po burzy... Kto wie, co mogło ich czekać?
— Wybacz, jesli nieco się zapędziłem. Jasnowidzenie mam we krwi. Takie geny. — Kąciki jego ust drgnęły w psotnym uśmieszku. — Oczywiście, mogę zwolnić, jeśli nie nadążasz. — Rozchylił powieki, pozwalając sobie nacieszyć oczy widokiem starszego czarodzieja. — Chociaż skoro znamy się się już tak dobrze, to podejrzewam, że dotrzymanie mi kroku nie będzie dla ciebie wyzwaniem.
Mierzył się w pojedynkach słownych z rodzeństwem Malfoyów, cierpliwie znosił wywody i peany Morfeusza skierowane do greckich bóstw, czemu miałby się martwić o siebie? Wisienką na torcie była jego arogancja, że potrafił dogadać się z każdym. Ciekawe, czy wróżbita postanowi sprawdzić, jak głęboko zakorzeniona jest w Longbottomie ta pewność siebie i ile trzeba się nakopać, aby ją zruszyć.
Wywrócił teatralnie oczami, kiedy odmówiono mu łaski. Ktoś tu nie ma dziś humoru, pomyślał przelotnie. Przywarł mocniej plecami do ścianki basenu i rozłożył ręce na jego krawędzi.
— Liczyłem na nieco bardziej aktywne wsparcie — żachnął się, a jego palce zabębniły cicho o wyłożony płytkami brzeg basenu. Nieme zaproszenie czy oznaka podenerwowania? — Czyli co masz dzisiaj w karcie? Okrucieństwo? Tylko i wyłącznie? — Wyciosał na swojej zmęczonej twarzy uprzejmy uśmiech. — Może jednak przemyślisz tę łaskę? Po starej znajomości?
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞