26.02.2024, 00:14 ✶
Jakby Malwa cię za słabo karmiła, zbeształ psa, gdy ten próbował dorwać się do kiełbasek. Nie żałował jednak, że go ze sobą zabrał. Czworonóg ewidentnie zaczynał wychodzić ze swojej strefy komfortu po długich tygodniach aklimatyzacji w posiadłości. Chętnie chodził na spacery i łapał lepszy kontakt z ludźmi. Czemu miałby przerywać tę dobrą passę? Poza tym była też kwestia Samuela... Erik zauważył, że ten miał dobry kontakt ze zwierzętami. Liczył więc, że jeśli weźmie psa, to unikną niezręcznej ciszy, jeśli nagle stracą tematy do rozmowy. W końcu psy były absorbujące.
— W sumie, to dobrze. Popyt będzie tylko rosnąć, jeśli sytuacja się nie uspokoi. — odparł na wywód Samuela. — Ludzie z wioski często rozkładają się ze swoimi wyrobami na sabatach. Darmowa okazja do zarobku. W sumie... Ty też pewnie miałeś kiedyś swoje stoisko, prawda? — Uniósł pytająco brwi. — Rozważ bazar Lovegoodów przy placu w centrum. Na pewno znalazłbyś jakichś klientów na swoje rzeźby z drewna.
Otrzymany parę dni wcześniej pocztą jeleń był dla Erika sporym zaskoczeniem i nie mógł się powstrzymać, żeby się do tego nie odwołać. Nawet, teraz gdy zagrożenie ze strony Widm odpędzało sporo ludzi z tych okolic, przez wioskę dalej przewalało się sporo czarodziejów i czarownic. Samuelowi ewidentnie to wychodziło i umiał się obchodzić z tym delikatnym materiałem. Czemu miałby tego nie wykorzystać na swoją korzyść?
— Jestem detektywem Brygady Uderzeniowej — wytlumaczył, nieco skołowany. — Większość mojej rodziny tam pracuje. Nawet siostra. Zaczęło się parę pokoleń wstecz i chyba po prostu nigdy nie przestało. — Uśmiechnął się krzywo. O ile ktoś nie miał pomysłu na siebie, to łatwo było pokierować młodego Longbottoma ku Brygadzie Uderzeniowej czy Biurze Aurorów. — I chyba już tak zostanie.
To była rzadkość, by ktoś nie wiedział, gdzie większość Longbottomów znajduje zatrudnienie. Przez lata krążyły plotki, jakoby ciepłe posadki dostawali po znajomości. Jednakże Londyn, a zarazem centrum władzy czarodziejów był daleko, a Sam był tutaj i spędził w Dolinie większość swojego życia. Nic dziwnego, że nie wiedział. A może po prostu do tej pory niezbyt go to interesowało? Bądź co bądź, w Kniei pewnie rzadko kiedy dochodziło do przestępstw. Chyba że chciał donosić na stada saren czy borsuków.
— Jesteśmy tym ''pomniejszym'' oddziałem sił bezpieczeństwa Ministerstwa Magii. Prowadzimy dochodzenia, zapewniamy ochronę na ważnych wydarzeniach, latamy za przestępcami i takie różne. — Wzruszył lekko ramionami. Praca w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów wiązała się z wieloma obowiązkami, jednak nie był pewien, czy Samuel chciałby słuchać o rozpisywaniu raportów i wielogodzinnych spotkaniach z szefostwem. — Bardziej niebezpiecznymi sprawami zajmują się Aurorzy, jednak teraz trochę się to miesza. Dużo... chaosu. Jak na Beltane.
Mimowolnie przyspieszył kroku na wspomnienie tamtej nocy. Gdyby nie plotki o tym, że faktycznie mogło dojść do ataku Śmierciożerców, możliwe, że jego czujność zostałaby wówczas całkowicie uśpiona. W jednej chwili ludzie bawili się, tańczyli i rozmawiali, a w następnej walczyli o własne życie. Brenna prawie została pogrzebana żywcem razem ze swoją protegowaną, a Erik musiał wisieć kilka godzin na gałęziach wielkiego drzewa, dopóki nie przybyły posiłki Ministerstwa Magii. Nie było to zbyt przyjemne.
Boczny szlak prowadził ich coraz głębiej w las, jednak droga nie sprawiała dużych problemów. Żadnych wystających korzeni, głębokich dołów, w jakie można było wpaść... W oddali mignęło im co najwyżej kilka powalonych drzew. Niestety, jak to było typowe w nieopanowanych przez ludzi lasach, zaraz zleciały się do nich stada meszek i komarów łaknących kontaktu z ich skórą.
— Masakra! Dobrze, że już niedaleko — rzucił przez ramię, kręcąc głową na prawo i lewo, prychając przy tym, co chwilę, aby odpędzić od siebie chmarę owadów.
— W sumie, to dobrze. Popyt będzie tylko rosnąć, jeśli sytuacja się nie uspokoi. — odparł na wywód Samuela. — Ludzie z wioski często rozkładają się ze swoimi wyrobami na sabatach. Darmowa okazja do zarobku. W sumie... Ty też pewnie miałeś kiedyś swoje stoisko, prawda? — Uniósł pytająco brwi. — Rozważ bazar Lovegoodów przy placu w centrum. Na pewno znalazłbyś jakichś klientów na swoje rzeźby z drewna.
Otrzymany parę dni wcześniej pocztą jeleń był dla Erika sporym zaskoczeniem i nie mógł się powstrzymać, żeby się do tego nie odwołać. Nawet, teraz gdy zagrożenie ze strony Widm odpędzało sporo ludzi z tych okolic, przez wioskę dalej przewalało się sporo czarodziejów i czarownic. Samuelowi ewidentnie to wychodziło i umiał się obchodzić z tym delikatnym materiałem. Czemu miałby tego nie wykorzystać na swoją korzyść?
— Jestem detektywem Brygady Uderzeniowej — wytlumaczył, nieco skołowany. — Większość mojej rodziny tam pracuje. Nawet siostra. Zaczęło się parę pokoleń wstecz i chyba po prostu nigdy nie przestało. — Uśmiechnął się krzywo. O ile ktoś nie miał pomysłu na siebie, to łatwo było pokierować młodego Longbottoma ku Brygadzie Uderzeniowej czy Biurze Aurorów. — I chyba już tak zostanie.
To była rzadkość, by ktoś nie wiedział, gdzie większość Longbottomów znajduje zatrudnienie. Przez lata krążyły plotki, jakoby ciepłe posadki dostawali po znajomości. Jednakże Londyn, a zarazem centrum władzy czarodziejów był daleko, a Sam był tutaj i spędził w Dolinie większość swojego życia. Nic dziwnego, że nie wiedział. A może po prostu do tej pory niezbyt go to interesowało? Bądź co bądź, w Kniei pewnie rzadko kiedy dochodziło do przestępstw. Chyba że chciał donosić na stada saren czy borsuków.
— Jesteśmy tym ''pomniejszym'' oddziałem sił bezpieczeństwa Ministerstwa Magii. Prowadzimy dochodzenia, zapewniamy ochronę na ważnych wydarzeniach, latamy za przestępcami i takie różne. — Wzruszył lekko ramionami. Praca w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów wiązała się z wieloma obowiązkami, jednak nie był pewien, czy Samuel chciałby słuchać o rozpisywaniu raportów i wielogodzinnych spotkaniach z szefostwem. — Bardziej niebezpiecznymi sprawami zajmują się Aurorzy, jednak teraz trochę się to miesza. Dużo... chaosu. Jak na Beltane.
Mimowolnie przyspieszył kroku na wspomnienie tamtej nocy. Gdyby nie plotki o tym, że faktycznie mogło dojść do ataku Śmierciożerców, możliwe, że jego czujność zostałaby wówczas całkowicie uśpiona. W jednej chwili ludzie bawili się, tańczyli i rozmawiali, a w następnej walczyli o własne życie. Brenna prawie została pogrzebana żywcem razem ze swoją protegowaną, a Erik musiał wisieć kilka godzin na gałęziach wielkiego drzewa, dopóki nie przybyły posiłki Ministerstwa Magii. Nie było to zbyt przyjemne.
Boczny szlak prowadził ich coraz głębiej w las, jednak droga nie sprawiała dużych problemów. Żadnych wystających korzeni, głębokich dołów, w jakie można było wpaść... W oddali mignęło im co najwyżej kilka powalonych drzew. Niestety, jak to było typowe w nieopanowanych przez ludzi lasach, zaraz zleciały się do nich stada meszek i komarów łaknących kontaktu z ich skórą.
— Masakra! Dobrze, że już niedaleko — rzucił przez ramię, kręcąc głową na prawo i lewo, prychając przy tym, co chwilę, aby odpędzić od siebie chmarę owadów.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞