Boję się ludzi
Mieszkałam w mojej wsi od urodzenia, znałam każdego, każdy znał mnie. Rozpoznawałam dzieci sąsiadów, a potem także ich dzieci przyjeżdżające na wakacje do dziadków. Mimo to nie brałam aktywnego udziału w życiu wsi. Czasem przewinęłam się w chórku szkolnym na dożynkach, czasem pomogłam przy ubieraniu Marzanny, ale trzymałam się z boku. Wolałam swój pokój albo stodołę. Na wygodnej słomie przeczesywałam ulubione komiksy. Ale tego już nie było. Komiksy, słoma i stodoła stanowiły popiół i kupkę zawalonych desek.
Na czas zimy zapadłam w hibernację. Drętwa od nadmiaru emocji. Chłód przenikał mnie nawet, gdy opierałam się plecami o kaflowy piec babki. Otoczona ludźmi, ale samotna. Moi rodzice przebywali u krewnych medyków. Potrzebowali znacznie więcej opieki niż ja. Ja się zaszyłam u babci. Nigdzie nie było bezpieczniej niż u boku byłej pani auror, teraz malarki i działacza społecznego.
Pewnego dnia powiedziałam jej, że muszę stąd uciec. Wszystko przypominało mi o domu. Serwetka na ławie, malunki na talerzu, każdy obiad, każda kanapka. Nadszedł czas, bym wyjechała do Wielkiej Brytanii, chociaż na chwilę.
Babka nie chciała zostawiać mnie samej. Po kilku dniach sięgania języka wśród brytyjskiej części rodziny, znalazła idealnego kandydata, który ma możliwość, by przenocować mnie przez bliżej nieokreślony czas. Napisałam więc do Lysandra Lovegooda. Mieszkał w wiosce czarodziejskiej, więc klimat dobrze mi znany, ale jednocześnie zupełnie inny. Poza wizytą u pradziadków nie zaznałam smaku brytyjskiej wsi.
Kim w ogóle jest Lysander? Mieszka sam. Tyle wiem. Babcia nie powiedziała więcej, ja nie pytałam. Może jakiś stary kawaler, kto wie. Nie poszłabym na taki układ, ale musiałam się stąd wyrwać.
Spakowałam cały swój dobytek, czyli kilka fatałaszków, jakie dostałam po wielkiej tragedii. Nie miałam nawet żadnych rzeczy osobistych. Wszystko było nowe i wciąż nie do końca moje.
Świstoklikiem transportowano mnie do Londynu. Tam miałam czekać na jakiś śmieszny autobus, który był potężną tragedią i już nigdy nie dam się na to namówić.
Wyskoczyłam z autobusu z plecakiem na plecach. Filcowy beret nie chronił przed brytyjską pogodą. Dolną połowę twarzy schowaną miałam pod szalikiem, górną za absurdalnymi okularami przeciwsłonecznymi. Lysander jeszcze nie wiedział, jak moje lico różni się od tego na przemiłym zdjęciu dołączonego do listu. Zrobione było przed pożarem.
Usłyszałam piękne brytyjskie "Oola". Pamiętam jak raz ktoś zapisał moje imię w ten sposób. Ale w końcu tak je się wymawia po angielsku. Odwróciłam się i przez ciemne szkła dojrzałam czarodzieja z parasolem.
Pamiętaj, żeby mówić po angielsku. Pamiętaj, żeby mówić po angielsku.
W chwilach stresu miałam z tym problemy.
— Tak, to ja. Dzień dobry — przywitałam się poprawnie. I zamarłam. Powinnam podać dłoń na powitanie? Jakieś całuski w policzki? Nie miałam pojęcia jak witać się z dalszą rodziną i to jeszcze z innego kraju. Gapiłam się bezmyślnie w kołnierz jego płaszcza, chociaż tego i tak nie mógł dostrzec. Tak czy inaczej, to on był gospodarzem. To on mnie poprowadzi. Także w konwersacji. Co nie?