26.02.2024, 16:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.08.2024, 10:53 przez Brenna Longbottom.)
Brenna zamarła na moment, niezdecydowana, oglądając się na wujka. W głowie w ciągu tych kilkunastu sekund obróciła kilka scenariuszy.
Jeden. Zmusza schwytanego do mówienia. Do zrealizowania, ale mógł ich okłamać. Tracą czas.
Dwa. Przenosi obrażenia na siebie: starała się ćwiczyć ostatnio to zaklęcie, tak na wszelki wypadek... i wuj sprawdza ich przyszłość. Sensowne, ale był tutaj Lestrange, a zdecydowanie nie znała go na tyle, by na jego oczach tak bezceremonialnie łamać prawo bez zastanowienia. Czy było warto to zrobić, by uratować im życie? Jasne. Ale...
Trzy. Przejść przez lustro, skoro wiele wskazywało na to, że to faktycznie jest wyjście, a wujek mówił, by poszła przodem.
Cóż, w takich sytuacjach Brennie zdarzało się go słuchać.
Kobieta odetchnęła, a potem mało delikatnie popchnęła aresztowanego w stronę lustra. Powierzchnia ustapiła przed nim, tak jak zaklęte lustro wiodące do gabinetu Bletchleyów, a Brenna przeszła zaraz w ślad za mężczyzną.
Szarpnęło.
Nie zdołała utrzymać równowagi: runęła na ziemię, wprost na podłogę, przy okazji przewracając się razem ze schwytanym mężczyzną. Była w korytarzu, który wyglądał zupełnie normalnie, za plecami natomiast miała lustro – zwykłe lustro, odbijające ją samą i ścianę. Nic nie rozerwało jej na kawałki, nie wylądowała w jakimś przedziwnym miejscu, a chyba… chyba wróciła do punktu wyjścia…
– Apollo?!!!
– BRENNA?! GDZIE WAS KURWA WYWIAŁO?!!!
Odetchnęła z ulgą, kiedy z dołu dobiegł najpierw wrzask Brygadzisty, a potem zadudniło na schodach: mężczyzna wbiegał na górę. Może wcale nie byli gdzieś poza czasem, poza przestrzenią, po prostu trafili do jakiejś kopii tego budynku, stworzonej lub ukrytej za pomocą magii. Odepchnęła schwytanego człowieka nieco na bok, sama podrywając się na nogi i obracając w stronę lustra, bo serce wciąż podchodziło jej do gardła: czy na pewno tamta dwójka przejdzie za nią…?
Jeden. Zmusza schwytanego do mówienia. Do zrealizowania, ale mógł ich okłamać. Tracą czas.
Dwa. Przenosi obrażenia na siebie: starała się ćwiczyć ostatnio to zaklęcie, tak na wszelki wypadek... i wuj sprawdza ich przyszłość. Sensowne, ale był tutaj Lestrange, a zdecydowanie nie znała go na tyle, by na jego oczach tak bezceremonialnie łamać prawo bez zastanowienia. Czy było warto to zrobić, by uratować im życie? Jasne. Ale...
Trzy. Przejść przez lustro, skoro wiele wskazywało na to, że to faktycznie jest wyjście, a wujek mówił, by poszła przodem.
Cóż, w takich sytuacjach Brennie zdarzało się go słuchać.
Kobieta odetchnęła, a potem mało delikatnie popchnęła aresztowanego w stronę lustra. Powierzchnia ustapiła przed nim, tak jak zaklęte lustro wiodące do gabinetu Bletchleyów, a Brenna przeszła zaraz w ślad za mężczyzną.
Szarpnęło.
Nie zdołała utrzymać równowagi: runęła na ziemię, wprost na podłogę, przy okazji przewracając się razem ze schwytanym mężczyzną. Była w korytarzu, który wyglądał zupełnie normalnie, za plecami natomiast miała lustro – zwykłe lustro, odbijające ją samą i ścianę. Nic nie rozerwało jej na kawałki, nie wylądowała w jakimś przedziwnym miejscu, a chyba… chyba wróciła do punktu wyjścia…
– Apollo?!!!
– BRENNA?! GDZIE WAS KURWA WYWIAŁO?!!!
Odetchnęła z ulgą, kiedy z dołu dobiegł najpierw wrzask Brygadzisty, a potem zadudniło na schodach: mężczyzna wbiegał na górę. Może wcale nie byli gdzieś poza czasem, poza przestrzenią, po prostu trafili do jakiejś kopii tego budynku, stworzonej lub ukrytej za pomocą magii. Odepchnęła schwytanego człowieka nieco na bok, sama podrywając się na nogi i obracając w stronę lustra, bo serce wciąż podchodziło jej do gardła: czy na pewno tamta dwójka przejdzie za nią…?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.