26.02.2024, 17:49 ✶
Zdrajcy. Jak mogli to zignorować? Powinni to przewidzieć, przecież to nie była taka wielka filozofia! Przez Ministerstwo Magii przewijało się mnóstwo ludzi z najróżniejszych rodzin. Już, gdy składali pierwsze przysięgi wierności wobec Zakonu Feniksa, ostrzegano ich, że czasem nawet na najbliższych nie będą mogli liczyć. Longbottomowie mieli szczęście; lwia część rodu dołączyła do sprawy, ale co z ludźmi, których na co dzień widywali w pracy, którym ufali, z którymi służyli od lat czy z którymi współpracowali w ramach zleceń międzydepartamentowych?
— Oczywiście, że zostali — skomentował głucho, potykając się o własne nogi, gdy próbował zrobić krok do przodu.
Padłby na kolana w tej wypełnionej rozpaczą ruiną, gdyby nie dłoń Vicenta zaciśnięta na jego ramieniu, niczym kotwica, trzymając go w miejscu. Objął mimowolnie Prewetta, jemu też nie dając upaść. Zaszkliły mu się oczy, gdy próbował zebrać myśli do kupy, jednak nie był w stanie logicznie myśleć. Przed oczami miał tylko obraz swojej siostry, gdy żegnali się przy śniadaniu. Sama myśl o tym poranku wycisnęła mu łzy z oczu.
Jak zwykle jego umysł mimowolnie zaczął podsuwać mu alternatywy; co mógłby zrobić inaczej, żeby temu zapobiec. Brenna i Alastor nigdy nie powinni wylądować w jednym zespole; razem byli jak samonapędzający się mechanizm, który z każdą chwilą nabierał prędkości. Podczas ataku na Ministerstwo Magii na pewno osiągnęli punkt krytyczny i zdecydowali się na opcję nuklearną. Nie mieli w zwyczaju uciekać, toteż powzięli sobie za punkt honoru, żeby zabrać ze sobą, kogo tylko się dało.
— G-gdzie... G-gdzie jest Dumbledore? — rzucił w stronę Dory, próbując za wszelką cenę powstrzymać drżenie głosu.
Powinien się skupić. Tego chciałaby Brenna. Kazałaby mu się pozbierać i zacząć planować, robić cokolwiek, ale na pewno nie poddać. A teraz ze wszystkich sił walczył z tym, aby po prostu nie zaszyć się w kącie. Niech diabły same do nich przyjdą, niech wrzucą ich do najgłębszych otchłani piekła i niech to się w końcu skończy. Jaki był sens, skoro trzon całej operacji, jego własna siostra równie dobrze mogła już nie żyć?
Nie słyszał własnych myśli; przed oczami dalej miał siostrę, jednak pośród białego szumy ciszy i otępienia miał wrażenie, że wybijał się także i inny dźwięk. Woda. Górski strumień? Jezioro? Wybrzeże? Morze? Jak na Perle Morze, pomyślał tępo, gdy na skraju jego świadomości rozbłysło wspomnienie z czasów, gdy mieli w sobie zdecydowanie większe pokłady nadziei na ukrócenie konfliktu, zanim ten przybierze na sile. Och, co za płonne to były nadzieje.
— Oczywiście, że zostali — skomentował głucho, potykając się o własne nogi, gdy próbował zrobić krok do przodu.
Padłby na kolana w tej wypełnionej rozpaczą ruiną, gdyby nie dłoń Vicenta zaciśnięta na jego ramieniu, niczym kotwica, trzymając go w miejscu. Objął mimowolnie Prewetta, jemu też nie dając upaść. Zaszkliły mu się oczy, gdy próbował zebrać myśli do kupy, jednak nie był w stanie logicznie myśleć. Przed oczami miał tylko obraz swojej siostry, gdy żegnali się przy śniadaniu. Sama myśl o tym poranku wycisnęła mu łzy z oczu.
Jak zwykle jego umysł mimowolnie zaczął podsuwać mu alternatywy; co mógłby zrobić inaczej, żeby temu zapobiec. Brenna i Alastor nigdy nie powinni wylądować w jednym zespole; razem byli jak samonapędzający się mechanizm, który z każdą chwilą nabierał prędkości. Podczas ataku na Ministerstwo Magii na pewno osiągnęli punkt krytyczny i zdecydowali się na opcję nuklearną. Nie mieli w zwyczaju uciekać, toteż powzięli sobie za punkt honoru, żeby zabrać ze sobą, kogo tylko się dało.
— G-gdzie... G-gdzie jest Dumbledore? — rzucił w stronę Dory, próbując za wszelką cenę powstrzymać drżenie głosu.
Powinien się skupić. Tego chciałaby Brenna. Kazałaby mu się pozbierać i zacząć planować, robić cokolwiek, ale na pewno nie poddać. A teraz ze wszystkich sił walczył z tym, aby po prostu nie zaszyć się w kącie. Niech diabły same do nich przyjdą, niech wrzucą ich do najgłębszych otchłani piekła i niech to się w końcu skończy. Jaki był sens, skoro trzon całej operacji, jego własna siostra równie dobrze mogła już nie żyć?
Nie słyszał własnych myśli; przed oczami dalej miał siostrę, jednak pośród białego szumy ciszy i otępienia miał wrażenie, że wybijał się także i inny dźwięk. Woda. Górski strumień? Jezioro? Wybrzeże? Morze? Jak na Perle Morze, pomyślał tępo, gdy na skraju jego świadomości rozbłysło wspomnienie z czasów, gdy mieli w sobie zdecydowanie większe pokłady nadziei na ukrócenie konfliktu, zanim ten przybierze na sile. Och, co za płonne to były nadzieje.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞