27.02.2024, 00:47 ✶
Hogwart... To musiał być Hogwart. Każdy szanujący się czarodziej chodził do Hogwartu. No, przynajmniej każdy z Anglii, prawda? A akcent miał angielski, tak jak ona sama. Słyszała go doskonale, gdy chwytał ją podczas tego zachwiania się, lecz nie upadku. Gdy osadził ją na ziemi, twardo i mocno, by ten przypadkowy i gwałtowny skręt w celu ominięcia przeszkody nie przerodził się w efektowną wywrotkę, która mogłaby nie tylko skrzywdzić ją fizycznie, ale i zaboleć psychicznie, sprawić że jej duma skruszy się jak lód w szklance z whisky, którą pił przed chwilą Anthony i po prostu pęknie.
- Nie, nic, chyba? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, opuszczając dłoń. Niefortunnie pierścionek, który wsunęła na palec, ten zbyt duży, znaleziony w łazience, zsunął się ze zbyt szczupłego palca i opadł na dywan, tuż obok torebki. Nie był jej - żadna szanująca się dama nie nosiła zbyt dużej biżuterii, nawet jeżeli ta pasowała do wybranej kreacji. Nie podejrzewała, że ktoś tak szybko połączy fakty - bo przecież ona sama zrobiła to nieświadomie, zupełnie odruchowo zgarnęła z umywalki to cudeńko, które tak pięknie błyszczało i aż krzyczało, żeby je wziąć. Tego było za dużo, bo gdy tylko Rose zorientowała się, że on wie, jej usta otworzyły się na kilka milimetrów. Zamiast spłonąć rumieńcem, pobladła, bo przecież on się domyślił, a oni nie mogli wiedzieć. Nikt nie mógł wiedzieć, przecież zawsze była taka ostrożna! Jej podświadomość kazała jej to zrobić, ale zawsze zajmowała się odruchami, kazała chować rzeczy do kieszeni, torebki czy za plecy, chociażby w dekolt - by nie dopuścić do ujawnienia prawdy. A teraz, z jakiegoś powodu, być może rozdrażnienia, po prostu wsunęła nieszczęsny pierścionek na palec i tak oto zsunął się w niekontrolowanym ruchu, gładko i niemal niewyczuwalnie. To przez niego tkwili w tej sytuacji. To jego wina, bo przecież nie jej.
Rose chciała wystrzelić dłoń, by pochwycić torebkę, zabrać pierścionek, zetrzeć tym gwałtownym ruchem uśmiech z twarzy chłopaka, którego kojarzyła, ale nie potrafiła dopasować twarzy do nazwiska. A potem usłyszała pisk i cały świat wokół niej runął jak szklany domek, który ktoś uderzył młotkiem. Roselyn była dziewczyną inteligentną, błyskawicznie łapała fakty i łączyła je w całość, dopasowując elementy otoczenia i reakcji ludzkich do sytuacji - tak było i tym razem. Mężczyzna, klęczący na jedno kolano przed kobietą. Trzymający w dłoni pierścionek, pisk osoby postronnej, lecz pisk zaskoczenia, nie przerażenia. I potem jego słowa. Matko, za co?! Dłoń, którą chciała odebrać swoją własność, uniosła do ust, i była to reakcja jak najbardziej szczera, bo przecież ani się tego nie spodziewała, ani nie chciała, żeby tak wyszło. Ale stało się, a chłopak brnął w to dalej. Zapewne dla zabawy, bo przecież nie zrobiłby tego specjalnie na przyjęciu zaręczynowym innej pary, prawda? Nie wyglądał na złośliwca, który tylko szukał pretekstu do tego, by zepsuć komuś uroczystość. Miał miłą dla oka twarz, drogi garnitur, nawet nie uśmiechał się wrednie. Jasnobrązowe pukle, wypuszczone spod gładkiego koka, zafalowały wokół twarzy Rose, gdy ta kiwnęła głową, drugą dłoń wyciągając w stronę Borgina. Nie musiała mówić "tak", bo przecież dla tłumu, który zebrał się wokół nich, było to oczywiste. Ktoś pisnął, inna osoba krzyknęła, rozległy się oklaski, a Roselyn poczuła, jak robi jej się słabo.
To nie tak, że nie myślała o małżeństwie, bo przecież była w wieku, w którym powinna się zainteresować mężczyznami, tylko po prostu nie miała do tego głowy. Ojciec również nie podsyłał jej wielu kandydatów, wiedząc że jeżeli wyda córkę za mąż, to ta straci wiele cennych lat ze swojej kariery, którą... Robiła w jego firmie. Ona była mu potrzebna teraz, w takim a nie innym stanie. Co innego matka, która szalała, twierdząc że Greengrass razem z córką uknuli spisek, byleby by tylko Rose została starą panną z chwastem, tytułem i renomą w świecie naukowym, która dla panny z dobrego domu nie powinna być priorytetem.
- Chyba potrzebuję powietrza - powiedziała cicho, pozwalając by za duży pierścionek wylądował z powrotem na jej palcu. Tym razem ustawiła dłoń tak, by się nie ześlizgnął. - Proszę.
Nie zabrzmiało to jak prośba. Wlepiła niebieskie jak morze oczy w Borgina, a ten mógł w nich zobaczyć prawdziwą burzę emocji. Była zła. Zaszokowana. Ale jednocześnie wyglądała na wystraszoną? I była blada, faktycznie. To nie była gierka, by mogli czmychnąć przez zacieśniającym się kręgiem ludzi wokół, którzy chcieli im pogratulować. Ona, w przeciwieństwie do niego, nie znała pary, która miała się tu zaręczyć, ale wiedziała, jak to zostanie odebrane. I znalazła się w potrzasku, bo nie dało się przecież bez dramy wybrnąć z tej sytuacji. Zresztą chciała powiedzieć "nie", ale głowa sama jej opadła i już klaskali, więc co mogła zrobić poza wyciągnięciem ręki? O przepraszam, zmieniłam zdanie? Narobiłaby wstydu i sobie, i jemu. Musiała się stąd wydostać, jak najszybciej.
- Nie, nic, chyba? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, opuszczając dłoń. Niefortunnie pierścionek, który wsunęła na palec, ten zbyt duży, znaleziony w łazience, zsunął się ze zbyt szczupłego palca i opadł na dywan, tuż obok torebki. Nie był jej - żadna szanująca się dama nie nosiła zbyt dużej biżuterii, nawet jeżeli ta pasowała do wybranej kreacji. Nie podejrzewała, że ktoś tak szybko połączy fakty - bo przecież ona sama zrobiła to nieświadomie, zupełnie odruchowo zgarnęła z umywalki to cudeńko, które tak pięknie błyszczało i aż krzyczało, żeby je wziąć. Tego było za dużo, bo gdy tylko Rose zorientowała się, że on wie, jej usta otworzyły się na kilka milimetrów. Zamiast spłonąć rumieńcem, pobladła, bo przecież on się domyślił, a oni nie mogli wiedzieć. Nikt nie mógł wiedzieć, przecież zawsze była taka ostrożna! Jej podświadomość kazała jej to zrobić, ale zawsze zajmowała się odruchami, kazała chować rzeczy do kieszeni, torebki czy za plecy, chociażby w dekolt - by nie dopuścić do ujawnienia prawdy. A teraz, z jakiegoś powodu, być może rozdrażnienia, po prostu wsunęła nieszczęsny pierścionek na palec i tak oto zsunął się w niekontrolowanym ruchu, gładko i niemal niewyczuwalnie. To przez niego tkwili w tej sytuacji. To jego wina, bo przecież nie jej.
Rose chciała wystrzelić dłoń, by pochwycić torebkę, zabrać pierścionek, zetrzeć tym gwałtownym ruchem uśmiech z twarzy chłopaka, którego kojarzyła, ale nie potrafiła dopasować twarzy do nazwiska. A potem usłyszała pisk i cały świat wokół niej runął jak szklany domek, który ktoś uderzył młotkiem. Roselyn była dziewczyną inteligentną, błyskawicznie łapała fakty i łączyła je w całość, dopasowując elementy otoczenia i reakcji ludzkich do sytuacji - tak było i tym razem. Mężczyzna, klęczący na jedno kolano przed kobietą. Trzymający w dłoni pierścionek, pisk osoby postronnej, lecz pisk zaskoczenia, nie przerażenia. I potem jego słowa. Matko, za co?! Dłoń, którą chciała odebrać swoją własność, uniosła do ust, i była to reakcja jak najbardziej szczera, bo przecież ani się tego nie spodziewała, ani nie chciała, żeby tak wyszło. Ale stało się, a chłopak brnął w to dalej. Zapewne dla zabawy, bo przecież nie zrobiłby tego specjalnie na przyjęciu zaręczynowym innej pary, prawda? Nie wyglądał na złośliwca, który tylko szukał pretekstu do tego, by zepsuć komuś uroczystość. Miał miłą dla oka twarz, drogi garnitur, nawet nie uśmiechał się wrednie. Jasnobrązowe pukle, wypuszczone spod gładkiego koka, zafalowały wokół twarzy Rose, gdy ta kiwnęła głową, drugą dłoń wyciągając w stronę Borgina. Nie musiała mówić "tak", bo przecież dla tłumu, który zebrał się wokół nich, było to oczywiste. Ktoś pisnął, inna osoba krzyknęła, rozległy się oklaski, a Roselyn poczuła, jak robi jej się słabo.
To nie tak, że nie myślała o małżeństwie, bo przecież była w wieku, w którym powinna się zainteresować mężczyznami, tylko po prostu nie miała do tego głowy. Ojciec również nie podsyłał jej wielu kandydatów, wiedząc że jeżeli wyda córkę za mąż, to ta straci wiele cennych lat ze swojej kariery, którą... Robiła w jego firmie. Ona była mu potrzebna teraz, w takim a nie innym stanie. Co innego matka, która szalała, twierdząc że Greengrass razem z córką uknuli spisek, byleby by tylko Rose została starą panną z chwastem, tytułem i renomą w świecie naukowym, która dla panny z dobrego domu nie powinna być priorytetem.
- Chyba potrzebuję powietrza - powiedziała cicho, pozwalając by za duży pierścionek wylądował z powrotem na jej palcu. Tym razem ustawiła dłoń tak, by się nie ześlizgnął. - Proszę.
Nie zabrzmiało to jak prośba. Wlepiła niebieskie jak morze oczy w Borgina, a ten mógł w nich zobaczyć prawdziwą burzę emocji. Była zła. Zaszokowana. Ale jednocześnie wyglądała na wystraszoną? I była blada, faktycznie. To nie była gierka, by mogli czmychnąć przez zacieśniającym się kręgiem ludzi wokół, którzy chcieli im pogratulować. Ona, w przeciwieństwie do niego, nie znała pary, która miała się tu zaręczyć, ale wiedziała, jak to zostanie odebrane. I znalazła się w potrzasku, bo nie dało się przecież bez dramy wybrnąć z tej sytuacji. Zresztą chciała powiedzieć "nie", ale głowa sama jej opadła i już klaskali, więc co mogła zrobić poza wyciągnięciem ręki? O przepraszam, zmieniłam zdanie? Narobiłaby wstydu i sobie, i jemu. Musiała się stąd wydostać, jak najszybciej.