06.12.2022, 12:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.12.2022, 22:24 przez Brenna Longbottom.)
- Obiecuję, że tak - powiedziała Brenna na pytanie o to, czy Mavelle dostanie "smaczka", a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. I tej obietnicy miała zamiar dotrzymać, o czym Bones przekonać miała się wkrótce, kiedy w biurze przyjdzie do niej sowa... - Wiecie co? Lepiej nie podchodźmy do tych willi.
Kusiło ją. Ach, jak ją kusiło. Brenna z jednej strony była ostrożna tak, że zahaczało to wręcz o paranoję, z drugiej była też ciekawska, a to były w i l l e. W teorii miała okazję poznać ich potomkinie, ale Faye zdawała się jednak Brennie... normalna, poza tymi momentami, gdy występowała na scenie. A nawet wtedy przyciągała wzrok Brenny, owszem, nigdy jednak nie wydawało się to nadnaturalne.
Ot Longbottom była zaintrygowana, czy prawdziwe wiły dysponują silniejszym urokiem albo czy ich wygląd naprawdę aż tak oszałamia.
Z pechem, jaki miał dziś Patrick, okaże się jednak, że ich urok go strzeli niby grom z jasnego nieba, one zaś uznają go za najbardziej interesującego mężczyznę na dzisiejszym święcie, i Brenna do spółki z Mavelle będą biegać za nimi po lesie, by Steward nie został porwany na wieki wieków amen.
Chociaż to były wille. Może to nie byłby pech. Może Steward uznałby to za fart. Gorzej, że one i tak musiałyby go „ratować”, czy tego chciał, czy nie chciał, bo w Zakonie potrzebowali Prawej Ręki Dumbledore’a.
Podeszła do stoiska jako pierwsza, zamawiając kufel kremowego. A gdy się odwróciła, parsknęła prosto w kremową piankę, bo to było trochę śmieszne, a trochę straszne.
- Przepraszamy! Naprawdę nie zrobił tego specjalnie! – zawołała, próbując dojrzeć, kogo trafiła szyszka. – Proponowałabym teraz szybką ucieczkę, jak dzieciaki, które obrzuciły kogoś śnieżkami, ale jeszcze nie kupiliście swojego piwa… - wymruczała Brenna już znacznie ciszej. Raczej rozbawiona niż przejęta całą sytuacją, bo to w końcu była tylko szyszka i nawet jeżeli ktoś się zirytuje, to sytuacja nie była w żadnym
Wolną ręką wyjęła z kieszeni swoją i zmierzyła ją oceniającym wzrokiem, jakby nad czymś bardzo głęboko się zastanawiała.
– Rzuciłabym nią, ale podejrzewam, że wtedy trafiłabym Ministra Magii, który przypadkiem zabłąkał się w tym tłumie – stwierdziła, a kąciki ust drgały jej w tłumionym uśmiechu. – Muszę kupić jakieś ciasteczka. Nie za dużo, bo i tak wybieram się niedługo do Nory, ale Ostara bez jajek i ciasteczek się nie liczy.
Przy czym "nie za dużo" dla Brenny Longbottom znaczyło pewnie tyle, ile dla normalnego człowieka "ojej, ale się najadłem, nie spojrzę na nic słodkiego przez najbliższe trzy dni".
Kusiło ją. Ach, jak ją kusiło. Brenna z jednej strony była ostrożna tak, że zahaczało to wręcz o paranoję, z drugiej była też ciekawska, a to były w i l l e. W teorii miała okazję poznać ich potomkinie, ale Faye zdawała się jednak Brennie... normalna, poza tymi momentami, gdy występowała na scenie. A nawet wtedy przyciągała wzrok Brenny, owszem, nigdy jednak nie wydawało się to nadnaturalne.
Ot Longbottom była zaintrygowana, czy prawdziwe wiły dysponują silniejszym urokiem albo czy ich wygląd naprawdę aż tak oszałamia.
Z pechem, jaki miał dziś Patrick, okaże się jednak, że ich urok go strzeli niby grom z jasnego nieba, one zaś uznają go za najbardziej interesującego mężczyznę na dzisiejszym święcie, i Brenna do spółki z Mavelle będą biegać za nimi po lesie, by Steward nie został porwany na wieki wieków amen.
Chociaż to były wille. Może to nie byłby pech. Może Steward uznałby to za fart. Gorzej, że one i tak musiałyby go „ratować”, czy tego chciał, czy nie chciał, bo w Zakonie potrzebowali Prawej Ręki Dumbledore’a.
Podeszła do stoiska jako pierwsza, zamawiając kufel kremowego. A gdy się odwróciła, parsknęła prosto w kremową piankę, bo to było trochę śmieszne, a trochę straszne.
- Przepraszamy! Naprawdę nie zrobił tego specjalnie! – zawołała, próbując dojrzeć, kogo trafiła szyszka. – Proponowałabym teraz szybką ucieczkę, jak dzieciaki, które obrzuciły kogoś śnieżkami, ale jeszcze nie kupiliście swojego piwa… - wymruczała Brenna już znacznie ciszej. Raczej rozbawiona niż przejęta całą sytuacją, bo to w końcu była tylko szyszka i nawet jeżeli ktoś się zirytuje, to sytuacja nie była w żadnym
Wolną ręką wyjęła z kieszeni swoją i zmierzyła ją oceniającym wzrokiem, jakby nad czymś bardzo głęboko się zastanawiała.
– Rzuciłabym nią, ale podejrzewam, że wtedy trafiłabym Ministra Magii, który przypadkiem zabłąkał się w tym tłumie – stwierdziła, a kąciki ust drgały jej w tłumionym uśmiechu. – Muszę kupić jakieś ciasteczka. Nie za dużo, bo i tak wybieram się niedługo do Nory, ale Ostara bez jajek i ciasteczek się nie liczy.
Przy czym "nie za dużo" dla Brenny Longbottom znaczyło pewnie tyle, ile dla normalnego człowieka "ojej, ale się najadłem, nie spojrzę na nic słodkiego przez najbliższe trzy dni".
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.