Może miałkość tej sytuacji, może niewybredny czar, który rzucała każdorazowo, może adrenalina wartko płynąca w żyłach – może to wszystko sprawiało, że łapała gołą dłonią słońce, niepomna tego, że może się śmiertelnie poparzyć. Złamane ciała, niemniej uszkodzone dusze – wszystko to, mówiło im o pierwotności emocji i ich sile; wieczne uciekanie od siebie samego, wieczyste umykanie w ramiona przeznaczenia – bo Loretta przecież w okrutne igraszki fatum wierzyła. Złamane ciała, niemniej uszkodzone dusze – opuszczanie gardy i zupełnie niepoprawne budowanie siebie na zgliszczach dawnego. Złamane ciała, niemniej uszkodzone dusze – emfaza ich istnienia, przyciąganie i gwałtowne odpychanie; było w tym coś pierwotnego, coś atawistycznego.
Może to jej uśmiech, zamierający na wargach, gdy świat płonął, szeptał elegie poranku?
Bo w gruncie rzeczy, potrzebowała gwałtownego tchnienia miłości, poczucia bycia istotną – jednocześnie nie dopuszczała do siebie nikogo bliżej, aniżeli na dystans dwóch kroków. Nieprzystępny akwen, w którym rosła samotna, na wzór tej przeklętej róży – zawsze samotna, nigdy sama.
I choć mógł myśleć, że zagrała tak, jak on tego chciał – działało to również w drugą stronę.
Dopiero gdy rozlewał aceton, spojrzała na niego wielkimi oczami – jakby nie wierzyła, że jest w stanie go pchnąć do tak drastycznych czynów. Myślała przecież, że wybuchnie gromkim śmiechem, wyśmieje ją i wrócą do standardowych kłótni, które przerabiali przecież już tak często.
Patrzyła, jak płótna zajmują się ogniem, nie mrugnąwszy powieką.
I dopiero, gdy dojrzała, że jego ręka również płonie, zareagowała. Wyciągnęła zza pasa różdżkę i rzuciła zaklęcie, które sprawiło, że z jej końca wylał się strumień wody, gasząc wszystko, co jeszcze niedawno tańczyło w bezkreśnie okrutnym żywiole. Obrazy zgasły z cichym syknięciem, pozostawiając po sobie jedynie smołę i tumany dymu, wzbijającego się jak ze świecy – jedynie odrobinę większej.
Mrugnęła raz. I drugi.
– Jesteś głupi! – wypaliła wreszcie gwałtownie. – Twoja duma cię kiedyś zgubi – dodała po chwili, lecz z naturalną sobie delikatnością chwyciła go za dłoń, która jeszcze przed momentem zajmowała się językami ognia.
– Bardzo dobrze, że masz w sobie dużo brawury, skoro rozumu ci matka poskąpiła – wplotła jeszcze, głosem pełnym goryczy.
Stojąc tak przed nim, drżała od emocji jak liść na wietrze. Popchnęła go na fotel i stanęła nad nim, mogąc wreszcie górować, lecz przecież nie o to chodziło, prawda?
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it