Piękno. Niebezpieczeństwo. Emocje. Jedno z drugim się łączyło, drugie z pierwszym w równaniu dawało trzecie. Człowiek bywał niewolnikiem emocji. Swojego gniewu, swojego krzyku niesionego przez fale daleko, daleko w dal. Płuca chciały wyrwać się z piersi, lecieć dalej, wzywać wszystkich bogów, żeby spojrzeli i byli w tym spojrzeniu sprawiedliwi. A czym była ta sprawiedliwość, Astarothcie? Odnalezieniem bestii? Pokonaniem samego siebie? A może zdobycia szczytu, który był tuż na wyciągnięcie twoich rąk? I złapałbyś go, ujął w swoje silne palce, gdyby... gdyby tylko nie to jebane morze. Możesz mierzyć się z najpotężniejszymi potworami, możesz walczyć z najbardziej przerażającymi kreaturami, śledzić, tropić, wciskać włócznie w bijące serca, aż ciepła krew stanie się zimna, ale nie pokonasz morza. Oj nie, niezależnie od twoich chęci nie zdołasz go zatrzymać i nie zdołasz go ujarzmić. Włócznia mogła przeszywać fale, ale te fale zabrały w swe tonie tyle ludzkich serc, że nie zdołasz trafić ich wszystkich. Tak właśnie człowiek stawał się bezbronny. Jeszcze człowiek. Łowca, co się zowie, który szukał tutaj... czego właściwie szukasz? Wzywać możesz bożyszcza i przeklinać, szukać potwora, ale co naprawdę grało teraz w twoim sercu, że to zdolne było wypluć z taką mocą tą złość? Czy nie lepiej byłoby poczekać parę dni? Powołać się na tą, jak to słusznie powiedziałeś, roztropność? Niemądryś..! Sztorm nie był domeną człowieka, bo nie był nawet dobrą domeną potworów.
Laurenta nigdy jeszcze potworem nie nazwano. Aniołem. Syreną. Uosobieniem eteryczności, lecz nie potworem. Gdzie zaczynał się potwór, a gdzie kończyła magiczna istota? Czy w ogóle była między nimi różnica? Podłe wiły, poszukujące skarbów selkie potrafiące ściągać ludzi na dno, choć z reguły były łagodnymi stworzeniami, wetknięte w piętno tracenia swoich lasów centaury. Wiele istot wołało o swoją sprawiedliwość, bo w obliczu potęgi człowieka nawet bogowie stawali się mali. Wiesz, co w tej wyliczance nadal wygrywało..? Tak jest, zgadza się. Morze. Ono nadal huczało i nadal wciskało się ze swoją mocą w twoje nogi, nadal zalewało w swym niepokoju rękawy, spodnie. I wicągało trochę dalej, troszkę... Idziesz, bo masz wybór. No masz go... tak? Niemądry łowca. Nie było gorszych potworów niż te, które między ludźmi się kryły przywdziewając ludzką skórę.
Tak jak potworem nie był, tak nie chował w sercu potwora, który kazałby mu kogokolwiek wciągać w te niebezpieczne fale, które zbyt łatwo podcinały ludzkie nogi. Czasami jednak orientujesz się za późno... przynajmniej o pięć sekund za późno. Lub nie dowierzasz swoim oczom. Bo jak uwierzyć, że w tę pogodę ktoś postanowi wyjść na plaże? A tym bardziej - zacząć do niego iść? W tych krótkich przebłyskach słońca między ciemnymi chmurami, które tworzyły wokół jego jasnych włosów aureolę świętości, rozwijały skrzydła, czarowały boskością, po którą tyle rąk chciało sięgnąć. Potwór i łowca - napisano o tym już wiele powieści. Nie każda miała swoje szczęśliwe zakończenie. Urwał śpiew, z niedowierzaniem patrząc, jak wzbiera duża fala z białą grzywą na szczycie i pochłania sylwetkę dzielnego (czy głupiego? albo ogłupionego?) nieznajomego. Sam wstał - tak odruchowo.
- Zawróć! - Ale chyba krzyku było po nic. Czy w ogóle dało się go usłyszeć, skoro przez własny, niemądry ruch (bo zbyt szybko) poślizgnął się i jak długi sam wpadł między fale? Tak, taka to właśnie gracja syreny, że o równą pomstę wołała do nieba, jak Astaroth przeklinał jego ukochany ocean. Cisza. Kiedy wpadasz między fale następuje cisza, a potem przydłuszony ryk i huk. Pod powierzchnią wody było ciemno. Zbyt ciemno. Ten ryk - jak ukrytej bestii w głębinach - był złością samej Matki Wody przelewanej na ten świat mizernie człowieczy. I chyba chciała ta niedobra Matka przelać go zarówno na Laurenta jak i Astarotha. Białowłosy okrył się białą skórą - i jako foka już przesunął przez falę w kierunku, w którym widział mężczyznę. Walcząc z morskim prądem. Specyficzny, foczy pisk nie brzmiał jednak czysto zwierzęco. Jak melodia przesunął się pod powierzchnią wody. Co ty wyrabiasz! Brzmiało to jak melodia, jak kołysanka, ale tak naprawdę było przerażonym fuknięciem, że jakiś wariat postanowił dzisiaj chyba... popełnić samobójstwo. Bo taka była pierwsza, zatrważająca myśl Laurenta. Dopadł do mężczyzny i okręcił się wokół niego raz, żeby wsunąć mu się pod ramię i wyciągnąć na powierzchnię.