27.02.2024, 18:26 ✶
Tak jak okazjonalne wymienianie korespondencyjnych inwektyw z tym skończonym zjebem, Degenhardtem, przynosiło czasem Mulciberowi jakąś perwersyjną satysfakcję - zwłaszcza kiedy wyobrażał sobie, jak typowi odkleja wampirza proteza od czczego kłapania dziobem - tak listowna wymiana retort z Robertem po prostu go wkurwiała, tak, że aż mu Diana musiała parzyć ziółka na uspokojenie.
Już jeden rzut okiem na pergamin wystarczał, by rozpoznać staranne pismo ulubionego kuzyna, tak nabzdyczonego własną dumą, że z Departamentu Tajemnic musieli relegować go do Departamentu Wydawania Licencji Na Kija w Dupie.
A wróć.
Przecież Robert już nawet nie pracował w Ministerstwie Magii, tylko opylał jakieś pedalskie kadzidełka z guana nietoperzy na Nokturnie, jak to już Alexander zdążył mu kiedyś subtelnie wytknąć, kiedy ten sugerował wcześniejszy termin spotkania.
Ale przecież stał teraz w saloniku Roberta.
Odwrócony plecami do drzwi, wpatrywał się w kołysane wiatrem korony drzew w mugolskim parku za oknem. Jutro będzie mógł tak patrzeć na francuskie drzewa. Ale dzisiejszy dzień musiał poświęcić obowiązkom... Dla Diany. Zanim wyszedł, życzył jej miłej Lithy, sam zmierzając do mniej przyjemnej destyncji. Nie ufał swojej rodzinie za grosz, dlatego musiał zadbać o to, by nikt nie próbował niczego głupiego pod jego nieobecność. Nie miał komu powierzyć pod opiekę bezpieczeństwa kobiet, na których mu zależało. Murtagh? Na co komu armia kurew. Eryk? Miał własne problemy.
Trzeba było zawrzeć przynajmniej pozorny sojusz z kuzynostwem.
W końcu, kto przy zdrowych zmysłach posunąłby się do bratobójstwa zabójstwa krewnych?
Proces Juliusa Mulcibera? Może nawet by się tym przejął, gdyby przez ostatni tydzień nie majaczyło nad nim widmo innego procesu - takiego, którego ktoś mógłby wytoczyć niejakiemu Alexandrowi Mulciberowi - po nieudanym ataku na Donalda, Alex był w stanie myśleć tylko o ratowaniu własnej skóry. Dzikie figle i wybryki wujaszka, którego twarzy nawet nie pamiętał, wydały mu się mało istotnym problemem w kontraście z tym, co odpierdalało się ostatnio w jego własnym życiu.
Tak, ktoś powinien się zająć tą sprawą. Ale Alex był na skraju.
Ledwie przekroczył próg kamienicy Mulciberów, wiedział już, dzięki darowi trzeciego oka, że Robert każe mu czekać, i już samo to poirytowało go szalenie.
- Skończ z tym pasywno-agresywnym tonem, bo już mnie wkurwia, jak mówisz cały czas kursywą - odezwał się dystyngowanie Alex, wyblakła obojętność w jego głosie kontrastująca ze wściekłym, ale i nieco zmętniałym spojrzeniem żarówiastych ślepi, które zogniskowały się na twarzy Roberta w dokładnie tym momencie, kiedy krewniak wszedł do salonu. Przywileje jasnowidza. - Streszczaj się, jeśli łaska. - Zanim dostaniesz sraczki po tym jebanym camembercie.
Już jeden rzut okiem na pergamin wystarczał, by rozpoznać staranne pismo ulubionego kuzyna, tak nabzdyczonego własną dumą, że z Departamentu Tajemnic musieli relegować go do Departamentu Wydawania Licencji Na Kija w Dupie.
A wróć.
Przecież Robert już nawet nie pracował w Ministerstwie Magii, tylko opylał jakieś pedalskie kadzidełka z guana nietoperzy na Nokturnie, jak to już Alexander zdążył mu kiedyś subtelnie wytknąć, kiedy ten sugerował wcześniejszy termin spotkania.
Ale przecież stał teraz w saloniku Roberta.
Odwrócony plecami do drzwi, wpatrywał się w kołysane wiatrem korony drzew w mugolskim parku za oknem. Jutro będzie mógł tak patrzeć na francuskie drzewa. Ale dzisiejszy dzień musiał poświęcić obowiązkom... Dla Diany. Zanim wyszedł, życzył jej miłej Lithy, sam zmierzając do mniej przyjemnej destyncji. Nie ufał swojej rodzinie za grosz, dlatego musiał zadbać o to, by nikt nie próbował niczego głupiego pod jego nieobecność. Nie miał komu powierzyć pod opiekę bezpieczeństwa kobiet, na których mu zależało. Murtagh? Na co komu armia kurew. Eryk? Miał własne problemy.
Trzeba było zawrzeć przynajmniej pozorny sojusz z kuzynostwem.
W końcu, kto przy zdrowych zmysłach posunąłby się do bratobójstwa zabójstwa krewnych?
Proces Juliusa Mulcibera? Może nawet by się tym przejął, gdyby przez ostatni tydzień nie majaczyło nad nim widmo innego procesu - takiego, którego ktoś mógłby wytoczyć niejakiemu Alexandrowi Mulciberowi - po nieudanym ataku na Donalda, Alex był w stanie myśleć tylko o ratowaniu własnej skóry. Dzikie figle i wybryki wujaszka, którego twarzy nawet nie pamiętał, wydały mu się mało istotnym problemem w kontraście z tym, co odpierdalało się ostatnio w jego własnym życiu.
Tak, ktoś powinien się zająć tą sprawą. Ale Alex był na skraju.
Ledwie przekroczył próg kamienicy Mulciberów, wiedział już, dzięki darowi trzeciego oka, że Robert każe mu czekać, i już samo to poirytowało go szalenie.
- Skończ z tym pasywno-agresywnym tonem, bo już mnie wkurwia, jak mówisz cały czas kursywą - odezwał się dystyngowanie Alex, wyblakła obojętność w jego głosie kontrastująca ze wściekłym, ale i nieco zmętniałym spojrzeniem żarówiastych ślepi, które zogniskowały się na twarzy Roberta w dokładnie tym momencie, kiedy krewniak wszedł do salonu. Przywileje jasnowidza. - Streszczaj się, jeśli łaska. - Zanim dostaniesz sraczki po tym jebanym camembercie.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat