06.12.2022, 14:37 ✶
Wydaje mu się, że byłby lepszym duchem, niźli człowiekiem; bytem niematerialnym, zamiast z krwi i kości, szumem wiatru w koronach drzew i zasłyszaną dawno temu na bazarze melodią. Otwiera usta, jakby chciał coś powiedzieć, lecz żadne słowo nie jest w stanie przecisnąć się przez gardło. Przełyka nerwowo ślinę i wbija przerażone spojrzenie w dziewczynę. Co teraz? Myśli kotłują się w jego głowie, pragnienie ucieczki przeplata się z chęcią zdominowania rozmowy i zapytania jej, czy zrobi mu kiedyś pierogi.
— Mi-mi-miło mi cię p-poznać — w końcu obdarza kuzynkę niezgrabnym uśmiechem. Niewiele o niej wie; nie ma pojęcia, czy na przykład nie jest seryjną zostawiaczką niedojedzonego obiadu, czy nie rozrzuca skarpetek po pokoju i czy tak jak on lubi kolor żółty, ale to w żaden sposób nie stoi na przeszkodzie ku temu, by zaproponować jej własne lokum na czas nieokreślony. Ma wolny pokój na poddaszu z oknem w lukarnie, w której uwiły sobie gniazdo jerzyki.
— D-daj, poniosę ci p-p-p-plecak — proponuje, jak przystało na dżentelmena, na którego próbowała wychować go przecież babcia. Martwi się, czy Ula go zrozumie. Bariera językowa to jedna, ale Ariel do tego straszliwie się jąka. W końcu pokazuje palcem na jej ekwipaż — Ja-ja-ja wezmę. Ty masz to — mówi, podając jej parasol. Zarzuca sobie jej plecak na ramię (och, jakże ciężki, dla młodego Lovegooda, tak wychudłego po długich mroźnych miesiącach!) i rusza w głąb wioski. — Mi-Mieszkam niedaleko — oświadcza beztrosko, prowadząc dziewczynę pośród popielatych kamienic. Dopiero za kilka tygodni Dolina nabrać miała swych prawdziwych kolorów, gdy tylko zazielenią się drzewa i rozsypią kwiaty, teraz zaś tkwiła jeszcze w sennym zawieszeniu pomiędzy zimą, a wiosną.
Musi wytrzymać jeszcze tylko trochę. A wtedy znów zasadzi słoneczniki.
— J-jak minęła ci p-podróż? — pyta nieśmiało, nie wiedząc, gdzie powinien podziać wzrok, więc gapi się na czubek własnych butów.
— Mi-mi-miło mi cię p-poznać — w końcu obdarza kuzynkę niezgrabnym uśmiechem. Niewiele o niej wie; nie ma pojęcia, czy na przykład nie jest seryjną zostawiaczką niedojedzonego obiadu, czy nie rozrzuca skarpetek po pokoju i czy tak jak on lubi kolor żółty, ale to w żaden sposób nie stoi na przeszkodzie ku temu, by zaproponować jej własne lokum na czas nieokreślony. Ma wolny pokój na poddaszu z oknem w lukarnie, w której uwiły sobie gniazdo jerzyki.
— D-daj, poniosę ci p-p-p-plecak — proponuje, jak przystało na dżentelmena, na którego próbowała wychować go przecież babcia. Martwi się, czy Ula go zrozumie. Bariera językowa to jedna, ale Ariel do tego straszliwie się jąka. W końcu pokazuje palcem na jej ekwipaż — Ja-ja-ja wezmę. Ty masz to — mówi, podając jej parasol. Zarzuca sobie jej plecak na ramię (och, jakże ciężki, dla młodego Lovegooda, tak wychudłego po długich mroźnych miesiącach!) i rusza w głąb wioski. — Mi-Mieszkam niedaleko — oświadcza beztrosko, prowadząc dziewczynę pośród popielatych kamienic. Dopiero za kilka tygodni Dolina nabrać miała swych prawdziwych kolorów, gdy tylko zazielenią się drzewa i rozsypią kwiaty, teraz zaś tkwiła jeszcze w sennym zawieszeniu pomiędzy zimą, a wiosną.
Musi wytrzymać jeszcze tylko trochę. A wtedy znów zasadzi słoneczniki.
— J-jak minęła ci p-podróż? — pyta nieśmiało, nie wiedząc, gdzie powinien podziać wzrok, więc gapi się na czubek własnych butów.