Nie mam problemów z przyjmowaniem pomocy. Trochę z proszeniem o nią osób, które nie za dobrze znam. Szczególnie... gdy chodzi o podnoszenie się z gleby wymagające kontaktu fizycznego. Bardzo się boję, że pewnego dnia ktoś poda mi rękę i w połowie mojego wstawania zauważy blizny i puści mnie z odrazy, a ja wykoziołkuję do tyłu i nabiję sobie kolejnego guza.
Nie wiedziałam jak pierzawica była po polsku, ale później to sobie sprawdzę w słowniku. Albo napiszę do babci. Ona bardzo dobrze znała się na roślinach, bo jej mama była florystką. Udało mi się poznać prababcię. Była przepiękną kobietą. To ten rodzaj eterycznych istot, o których pisze się wiersze. Pradziadek też taki był. I wszystko wskazywało na to, że moja babcia też... ale życie zweryfikowało i multum konfliktów zamieniło ją w osobę twardo stąpającą po ziemi.
Dzięki babci nauczyłam się też rysowania oraz... tego, jak rysowania się uczyć. Dlatego też zrobiłam sobie ostatnio takie o ćwiczenie. Para spleciona w namiętnym pocałunku nie miała symbolizować nikogo konkretnego. Chciałam postawić sobie wyzwanie w anatomii oraz interakcjach między postaciami. Średnio byłam zadowolona z tego dzieła, ale bez względu na to, jak mi wyszło, absolutnie niedopuszczalnym było pokazywanie tego komuś innemu. No bo jak to tak!?
— Uhm... To tylko takie ćwiczenie... — Odpowiedziałam wchodząc mu nie tylko w słowo... ale i w niego. Bo w tym samym momencie przykucnęłam, by sięgnąć po kartkę papieru. Na szczęście nie zderzyliśmy się głowami, tylko rękoma, gdy podawał mi rysunek. — Przepraszam! — Pisnęłam i wyprostowałam się biorąc jednocześnie duży krok do tyłu, żeby czasem znowu nie doszło do zderzenia. Przycisnęłam rysunek do piersi, niestety nie tą stroną i Samuel wciąż mógł widzieć nagą pierś narysowanej pani wystającą spomiędzy moich palców. Palców umazanych ziemią oczywiście.
— Może chodźmy tam... po te... zielska... zielska... — Rzuciłam wrzucając przez przypadek polskie słowo za pierwszym razem. Wrzuciłam rysunek do notesu, a notes do kosza. Byłam gotowa do drogi.
Prompt