28.02.2024, 03:18 ✶
Dora pokręciła głową, w pierwszej chwili nie mogąc wydusić z siebie słowa. Widziała, jak matka krwawi i razem z nią, krwawiło też serce dziewczyny, ale jednocześnie nie mogła zdobyć się na to, żeby zrobić krok w jej stronę. To nie było miejsce dla żywych, a to znaczyło że musiała czym prędzej stąd odejść.
Susanne Crawley nie żyła, ale jej mąż i dzieci wciąż znajdowały się w Warowni i to przy nich było miejsce jej córki, która teraz patrzyła na nią, jakby przepraszająco, bo co innego miała zrobić? Tak bardzo chciała wpaść w jej ramiona po raz ostatni, ale bała się, że była to pułapka. Że kiedy tylko to zrobi, przypieczętuje swój los i nic jej już stąd nie wyrwie.
Dlatego się cofnęła.
- Przepraszam - wyszeptała, a potem zrobiła kolejne dwa kroki, czując wilgoć na policzkach, którą pośpiesznie wytarła dłońmi. - Przepraszam - powtórzyła znowu, jakby miało to cokolwiek zmienić, a potem odwróciła się, szybkim krokiem ruszając przed siebie.
Czuła jak po policzkach toczą się łzy, ale przestała je wycierać, zbyt zagubiona w całej sytuacji, przynajmniej do momentu kiedy nie usłyszała głosu Wood.
- Heather! - odkrzyknęła, podrywając głowę i rozglądając się dookoła, przyśpieszając kroku, kiedy tylko zlokalizowała kierunek, z którego do niej krzyczała.
Praktycznie rzuciła jej się na szyję, kiedy już znalazła się przy niej, z ulgą przyjmując fakt, że nie została zamknięta w tym śnie sama.
- Musimy stąd jakoś wyjść. Nie możemy tu być, jeśli tu zostaniemy, umrzemy - słowa przychodziły jej łatwo, nawet jeśli trochę nerwowo i spomiędzy łez, które szybko otarła, próbując zebrać się w sobie. - Ale jeszcze nie wiem jak - rzuciła, pociągając nosem. Może starczyło, że były świadome tego, co się działo, a może mogły spróbować rzucić zaklęcie?
Dora uniosła rękę, niekoniecznie jednak przekonana, czy jej poprzednia udana próba użycia magii była wynikiem dobrze utkanego snu czy faktycznego działania czaru. Wychodziła z założenia, że skoro była to iluzja, to może dało radę ją rozproszyć, dlatego właśnie to spróbowała zrobić.
Susanne Crawley nie żyła, ale jej mąż i dzieci wciąż znajdowały się w Warowni i to przy nich było miejsce jej córki, która teraz patrzyła na nią, jakby przepraszająco, bo co innego miała zrobić? Tak bardzo chciała wpaść w jej ramiona po raz ostatni, ale bała się, że była to pułapka. Że kiedy tylko to zrobi, przypieczętuje swój los i nic jej już stąd nie wyrwie.
Dlatego się cofnęła.
- Przepraszam - wyszeptała, a potem zrobiła kolejne dwa kroki, czując wilgoć na policzkach, którą pośpiesznie wytarła dłońmi. - Przepraszam - powtórzyła znowu, jakby miało to cokolwiek zmienić, a potem odwróciła się, szybkim krokiem ruszając przed siebie.
Czuła jak po policzkach toczą się łzy, ale przestała je wycierać, zbyt zagubiona w całej sytuacji, przynajmniej do momentu kiedy nie usłyszała głosu Wood.
- Heather! - odkrzyknęła, podrywając głowę i rozglądając się dookoła, przyśpieszając kroku, kiedy tylko zlokalizowała kierunek, z którego do niej krzyczała.
Praktycznie rzuciła jej się na szyję, kiedy już znalazła się przy niej, z ulgą przyjmując fakt, że nie została zamknięta w tym śnie sama.
- Musimy stąd jakoś wyjść. Nie możemy tu być, jeśli tu zostaniemy, umrzemy - słowa przychodziły jej łatwo, nawet jeśli trochę nerwowo i spomiędzy łez, które szybko otarła, próbując zebrać się w sobie. - Ale jeszcze nie wiem jak - rzuciła, pociągając nosem. Może starczyło, że były świadome tego, co się działo, a może mogły spróbować rzucić zaklęcie?
Dora uniosła rękę, niekoniecznie jednak przekonana, czy jej poprzednia udana próba użycia magii była wynikiem dobrze utkanego snu czy faktycznego działania czaru. Wychodziła z założenia, że skoro była to iluzja, to może dało radę ją rozproszyć, dlatego właśnie to spróbowała zrobić.
Rzut N 1d100 - 12
Akcja nieudana
Akcja nieudana
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.