28.02.2024, 09:10 ✶
Brenna nie miała nic przeciwko temu, że on zdobył informacje, a ona nie, póki te informacje istniały i zostały wykorzystane w odpowiedni sposób. Zwykle w końcu wiedziała tak dużo wcale nie dlatego, że była szczególnie genialna (nie była), czy że sprawiała wrażenie, jakby umiała być w dwóch miejscach jednocześnie (nie umiała, ale to pędzenie faktycznie trochę pomagało), a bo potrafiła dopaść kogoś, kto wiedział albo mógł dowiedzieć się więcej od niej.
- Hm - mruknęła Brenna z zastanowieniem, przesuwając dłonią po karku. Na twarzy Parkinsona malowała się duma, na jej własnej: namysł. - Praca w banku za bardzo nie pasuje do czarodzieja, więc mógł kłamać albo to nie nasz człowiek... I jeżeli to on, czekał miesiąc, żeby ją zabić, a w międzyczasie dopadł tę pierwszą? - zastanowiła się, unosząc na moment spojrzenie w górę, jakby oczekiwała, że szare, londyńskie niebo przyniesie jej odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie zechciałaby zadać.
Ale niebo, jak zwykle zresztą, milczało.
Taki schemat niezbyt pasował do seryjnych morderców. Nie oznaczało to jednak, że było to niemożliwe: zdarzały się osoby wykraczające poza te "zwykłe" tropy. Mieli na pewno do czynienia z drapieżnikiem, kimś pewnym siebie, nie bojącym się złapania, bo mając magię polował w niemagicznym świecie. Kimś, kto bawił się tymi dziewczynami, budował jakąś relację, a potem cieszył się, gdy ją niszczył. Wybierał określony typ: może te dziewczyny kogoś mu przypominały, może po prostu lubił właśnie drobne blondynki.
- Rozumiem, że nikt ostatnio nie zaczepiał Candy? - spytała, wydobywając z niewielkiego plecaka notes, by zapisać opis. Candy - Anna zdawała się całkiem dobrze pasować do profilu. - Jeżeli to byłby nasz człowiek, przy Annelise niby mogła go nie zauważyć, ale musimy brać pod uwagę też, że zmienia swój wygląd. I z tego, co mówisz, wychodzi, że obie zaprosiły mordercę jedna do hotelu, druga do mieszkania, bo płacił dobrze, spotkały go już wcześniej i chciały uniknąć alfonsów… Hm, bank, bank, chyba jest jakiś w pobliżu...
Brenna niektóre obszary niemagicznego Londynu znała, inne nie. Zwykle interesowały ją głównie księgarnie oraz knajpy z jedzeniem, czasem turystyczne atrakcje. Do banków raczej nie wchodziła, a mijanie fasady takiego kojarzyła jak przez mgłę. Dłoń Brenny ponownie więc zanurkowała w plecaku i tym razem kobieta wydobyła z niego mapę Londynu, by przestudiować ją z uwagą.
- Jeden jest dość blisko. Można iść na chama, pan tak i tak wyglądający, przedstawiający się jako George, ma odczepić się od mojej siostry, albo coś takiego... może się przekonamy, czy ktoś taki tam pracuje - mruknęła, wpychając mapę do kieszeni i szybkim krokiem kierując się w stronę banku. Obawiała się, że to będzie falszywy trop, ale skoro już go mieli trzeba było go sprawdzić.
- Hm - mruknęła Brenna z zastanowieniem, przesuwając dłonią po karku. Na twarzy Parkinsona malowała się duma, na jej własnej: namysł. - Praca w banku za bardzo nie pasuje do czarodzieja, więc mógł kłamać albo to nie nasz człowiek... I jeżeli to on, czekał miesiąc, żeby ją zabić, a w międzyczasie dopadł tę pierwszą? - zastanowiła się, unosząc na moment spojrzenie w górę, jakby oczekiwała, że szare, londyńskie niebo przyniesie jej odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie zechciałaby zadać.
Ale niebo, jak zwykle zresztą, milczało.
Taki schemat niezbyt pasował do seryjnych morderców. Nie oznaczało to jednak, że było to niemożliwe: zdarzały się osoby wykraczające poza te "zwykłe" tropy. Mieli na pewno do czynienia z drapieżnikiem, kimś pewnym siebie, nie bojącym się złapania, bo mając magię polował w niemagicznym świecie. Kimś, kto bawił się tymi dziewczynami, budował jakąś relację, a potem cieszył się, gdy ją niszczył. Wybierał określony typ: może te dziewczyny kogoś mu przypominały, może po prostu lubił właśnie drobne blondynki.
- Rozumiem, że nikt ostatnio nie zaczepiał Candy? - spytała, wydobywając z niewielkiego plecaka notes, by zapisać opis. Candy - Anna zdawała się całkiem dobrze pasować do profilu. - Jeżeli to byłby nasz człowiek, przy Annelise niby mogła go nie zauważyć, ale musimy brać pod uwagę też, że zmienia swój wygląd. I z tego, co mówisz, wychodzi, że obie zaprosiły mordercę jedna do hotelu, druga do mieszkania, bo płacił dobrze, spotkały go już wcześniej i chciały uniknąć alfonsów… Hm, bank, bank, chyba jest jakiś w pobliżu...
Brenna niektóre obszary niemagicznego Londynu znała, inne nie. Zwykle interesowały ją głównie księgarnie oraz knajpy z jedzeniem, czasem turystyczne atrakcje. Do banków raczej nie wchodziła, a mijanie fasady takiego kojarzyła jak przez mgłę. Dłoń Brenny ponownie więc zanurkowała w plecaku i tym razem kobieta wydobyła z niego mapę Londynu, by przestudiować ją z uwagą.
- Jeden jest dość blisko. Można iść na chama, pan tak i tak wyglądający, przedstawiający się jako George, ma odczepić się od mojej siostry, albo coś takiego... może się przekonamy, czy ktoś taki tam pracuje - mruknęła, wpychając mapę do kieszeni i szybkim krokiem kierując się w stronę banku. Obawiała się, że to będzie falszywy trop, ale skoro już go mieli trzeba było go sprawdzić.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.