adnotacja moderatora
Margaret zrobiła na niej bardzo dobre wrażenie. Młoda kobieta dobrze pokierowała spotkaniem, a na dodatek wywiązała się z umowy, którą zawarły. Camille mogła w spokoju pracować, korzystając ze świec, które sprzedawano u Mulciberów. To, co jednak ją zastanowiło, to gratis, który dostała. Mulciberówna dobrze przygotowała się do spotkania - sprawdziła jej nazwisko, dopasowała więc gratis do tego, czym zwykle zajmowała się jej rodzina. Delacour wcale nie planowała z nich korzystać, bo przecież nigdy nie występowała na scenie. Miała duszę artystki, lecz ta dusza była mocno związana, zepchnięta na dalszy plan, by chłodna logika i racjonalne myślenie mogły grać pierwsze skrzypce. Zresztą Margaret ją ostrzegła, by nie używała ich przed wyjściem na scenę. Nie sprecyzowała o co dokładnie chodzi, ale blondynka nie zamierzała sprawdzić, o co chodzi. Co nie zmienia faktu, że postanowiła jedno zapalić w swoim mieszkaniu. Rozliczono - Richard Mulciber - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Sesja rozliczona przez Camille Delacour - Piszę, więc jestem
Sesja rozliczona przez Camille Delacour - Piszę, więc jestem
Skutki uboczne były... Niespotykane. Nie miała pojęcia, czy ona sama była tak wrażliwa na kadzidła, czy po prostu towar, który dostała, był zbyt silny. Nie byłaby jednak sobą, gdyby tę sprawę tak po prostu zostawiła. Przecież to mogło być niebezpieczne - i pal sześć, że dla niej skończyło się wszystko dobrze. Przecież dla kogoś innego mogła to być tragedia, zmieniająca życie. Mogła też bezpośrednio mu zagrozić. Wysłała więc krótką notkę do Margaret, prosząc o spotkanie bezpośrednio z jej ojcem w celu omówienia tego prezentu. Jej list nie był niegrzeczny, acz stanowczy. Nie wyjaśniła dokładnie, o co chodzi, ale napisała wyraźnie, że z kadzidłami, które dostała, pojawił się problem i najlepiej byłoby to omówić osobiście.
Ustaliła więc czas i miejsce spotkania. Godziny wieczorne, okolice 7, w niewielkiej knajpce L’Arpège. Nazwa ciężka do wymówienia dla kogoś, kto nie znał języka francuskiego, ale na pewno łatwa do zapamiętania, bo to była jedyna taka porządna restauracja przy Alei Horyzontalnej, w której podawano wyłącznie francuską kuchnię. Wystrój był dość ciekawy - było tu niewiele stolików, lecz przy ścianach znajdowały się loże, zapewniające większym grupom prywatność. Znajdowało się tu także kilka wnęk, w których ustawiono czteroosobowe stoliki. Śnieżnobiałe obrusy przełamane były błękitem i pastelowym fioletem, a na stolikach ustawiono wazony z lawendą. Musiała być magiczna, bo nie dominowała zapachem całego pomieszczenia, ale gdy tylko ktoś siadał przy stoliku, od razu czuł jej kojący zapach. Camille nie bez powodu wybrała właśnie to miejsce: lawenda uspokajała, koiła wzburzone myśli. A ona nie chciała, by spotkanie przebiegało w nerwowej atmosferze. W gruncie rzeczy nic się przecież złego nie stało, prawda? W zamyśleniu potarła przedramię, na którym widniał żółto-fioletowy siniak. Wyróżniał się, brzydko odznaczał na jej jasnej, delikatnej skórze, kontrastowała z piaskową spódnicą do kostki z miłego materiału oraz beżową koszulką z szerokimi, zwiewnymi rękawami i niezbyt widocznym dekoltem. Wiedziała, że miała dużo szczęścia, że skończyło się to tylko tak. Mogła przecież rozbić sobie głowę o kant stołu.
Siedziała przy jednym z tych czteroosobowych stolików we wnęce. W środku nie było dużo ludzi, ale na tyle, by słowa ludzi mieszały się ze sobą, tworząc przyjemny dla ucha gwar. To było dobre miejsce do spotkań, szczególnie jak trzeba było coś omówić. Zapewniało prywatność. Delacour zerknęła na zegarek na złotej bransoletce, mieniący się na jej szczupłym nadgarstku. Jak zwykle przyszła przed czasem. Zamówiła białe wino i czekała, zerkając ze spokojem na pudełko z dwoma kadzidłami. Jedno zdążyła wypalić, nie miała go ze sobą. Szkoda, że nie było z nią w domu nikogo, kto by je zgasił. Mogłaby je przynieść, może by je zbadali? Może to wina któregoś ze składników?