28.02.2024, 12:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.03.2024, 20:49 przez Samuel McGonagall.)
– Oh... – kilka słów i już rosła w niskiej izbie postać znalazła się u wezgłowia posłania. Starczyły ledwie dwa bardzo długie i sprężyste kroki i już całe łóżko zaskrzypiało, gdy gospodarz półgębkiem przysiadł przy kopcu ze skór i koców i odgarnął go delikatnie. Miał długie, jasne lnem włosy związane w niedbały kok u nasady czaszki. Jego broda, choć przystrzyżona, nijak nie zgadzała się z najnowszą modą – ot włosy były na tyle długie, by chronić przed mrozem, na tyle krótkie, by nie przeszkadzać w robocie. Zarost dodawał mu wieku, w kiepskim świetle wyglądał na dobre 30 lat.
– Tu jesteś...– powiedział do znaleziska delikatnie, z tembrem głosu zarezerwowanym tylko dla zwierząt, tych poranionych przez kłusowników, zagonionych, bezbronnych, potrzebujących troski i ciepła. I och, jakże w tej izbie było ciepło. W palenisku drew było ponad miarę, teraz bez skórzanej skorupy, uderzała jasność pośród dmiącego na zewnątrz wiatru. Zdawał się być on jednak w innym świecie, jakby mag tubą otoczył niewielką przestrzeń, portalem uciekł do feywildu, bezpiecznego miejsca niekończącego się lata.
– Nikt nie zabrał Twojej duszy, nie dałem im Motylu. – choć ręce mężczyzny były chropowate uczciwie przepracowanym każdym dniem swojego życia, to gest, którym odgarnął przyklejone do czoła włosy, nosił w sobie znamiona najwyższej delikatności. – Dam Ci trochę miodu, maść na odmrożenia za moment powinna dobrze zawiązać, zupa też dochodzi. – Jasnobłękitne oczy, przywodzące na myśl bezchmurne lipcowe niebo przeniosły się z twarzy nieznajomego mężczyzny, ku szafce stojącej u wezgłowia, na której blacie czekał już drewniany kubek i zalakowana, pękata butelka. Korek odszedł z tąpnięciem, a do ferii zapachowych barw dołączyła bliska słodycz trójniaka. Samuel odłożył butelczynę, upił łyk, niczym podczaszy, sprawdzając stan alkoholu, po czym ujął dłonią głowę swego gościa, by podnieść ją nieznacznie, a do ust przyłożył srogi napitek, gwarantujący ciepło również wewnątrz ciała, a nie tylko na jego peryferiach.
– Tu jesteś...– powiedział do znaleziska delikatnie, z tembrem głosu zarezerwowanym tylko dla zwierząt, tych poranionych przez kłusowników, zagonionych, bezbronnych, potrzebujących troski i ciepła. I och, jakże w tej izbie było ciepło. W palenisku drew było ponad miarę, teraz bez skórzanej skorupy, uderzała jasność pośród dmiącego na zewnątrz wiatru. Zdawał się być on jednak w innym świecie, jakby mag tubą otoczył niewielką przestrzeń, portalem uciekł do feywildu, bezpiecznego miejsca niekończącego się lata.
– Nikt nie zabrał Twojej duszy, nie dałem im Motylu. – choć ręce mężczyzny były chropowate uczciwie przepracowanym każdym dniem swojego życia, to gest, którym odgarnął przyklejone do czoła włosy, nosił w sobie znamiona najwyższej delikatności. – Dam Ci trochę miodu, maść na odmrożenia za moment powinna dobrze zawiązać, zupa też dochodzi. – Jasnobłękitne oczy, przywodzące na myśl bezchmurne lipcowe niebo przeniosły się z twarzy nieznajomego mężczyzny, ku szafce stojącej u wezgłowia, na której blacie czekał już drewniany kubek i zalakowana, pękata butelka. Korek odszedł z tąpnięciem, a do ferii zapachowych barw dołączyła bliska słodycz trójniaka. Samuel odłożył butelczynę, upił łyk, niczym podczaszy, sprawdzając stan alkoholu, po czym ujął dłonią głowę swego gościa, by podnieść ją nieznacznie, a do ust przyłożył srogi napitek, gwarantujący ciepło również wewnątrz ciała, a nie tylko na jego peryferiach.