28.02.2024, 18:53 ✶
Samuel lubił sztukę. Nie rozumiał jej za bardzo, ale doceniał piękno, zwłaszcza piękno natury, które ludzie próbowali ująć na obrazach czy rzeźbach. Sam rzeźbił, lubił to robić, wyciszało go to, chociaż zdecydowanie gustował w zwierzętach i to niekoniecznie w czasie prokreacji. Nigdy nie odważył się rzeźbić człowieka, zwłaszcza aktu, nawet jeśli Lysandr namawiał go do tego kilkukrotnie. Nie żeby przeszkadzała mu nagość i intymność. W drewnie szukał jednak odbicia futra i piór. Skóra... wydawała mu się zbyt gładka, aby odnalazł ją w chropowatej tkance drzewa.
I tak jak wcześniej nie patrzył na blizny, tak teraz nie wpatrywał się uporczywie w rysunek. Nie rozumiał co robi takiego, że płoszczy ją na każdym kroku, ale im bliżej Uli było do smukłej łani, o wielkich przerażonych oczach gotowych do ucieczki, tym więcej sympatii zyskiwała w sercu Sama, któremu prościej było tę sympatię czuć do tych, którzy nieśli ze sobą zwierzęce skojarzenie.
– Po zielska. – powtórzył kiwając głową i odwrócił się, bo choć nieznał się na ludziach, to wiedział, że łanie potrafiły własnie podchodzić, gdy czuły, że nie zamierza zrobić im krzywdy, gdy dawał im swobodę wyboru odległości. Był ciekaw, czy gdyby miał marchewkę... albo jabłko... Czy Ula wtedy poczułaby się lepiej w jego towarzystwie. Wiedział też, że gdy wróci do stodoły w której obecnie pomieszkiwał, to będzie myślał o tej drobnej istocie i kto wie... może chwyci dłuto w rękę i wydobędzie z jabłoniowego drewna smukłą szyję, długonogiej płochliwej damy.
– Strasznie... wysokie te trawy. – skomentował, gdy doszli na skraj lysandrowych ziem. – Nie rozumiem, mówiłaś że nie ma ich tak dużo, Ariel raczej nie zaniedbałby tak... – urwał. A może zaniedbałby? Przebywanie w otoczeniu zwiewnej nimfy musiało być bardzo rozkojarzające. A jednak, żeby aż tak? Bzyczenie owadów, było wręcz nie do zniesienia, a woń wciąż żywych polnych kwiatów nęciła w nos nadmiarem unoszącego się w powietrzu pyłku.
I tak jak wcześniej nie patrzył na blizny, tak teraz nie wpatrywał się uporczywie w rysunek. Nie rozumiał co robi takiego, że płoszczy ją na każdym kroku, ale im bliżej Uli było do smukłej łani, o wielkich przerażonych oczach gotowych do ucieczki, tym więcej sympatii zyskiwała w sercu Sama, któremu prościej było tę sympatię czuć do tych, którzy nieśli ze sobą zwierzęce skojarzenie.
– Po zielska. – powtórzył kiwając głową i odwrócił się, bo choć nieznał się na ludziach, to wiedział, że łanie potrafiły własnie podchodzić, gdy czuły, że nie zamierza zrobić im krzywdy, gdy dawał im swobodę wyboru odległości. Był ciekaw, czy gdyby miał marchewkę... albo jabłko... Czy Ula wtedy poczułaby się lepiej w jego towarzystwie. Wiedział też, że gdy wróci do stodoły w której obecnie pomieszkiwał, to będzie myślał o tej drobnej istocie i kto wie... może chwyci dłuto w rękę i wydobędzie z jabłoniowego drewna smukłą szyję, długonogiej płochliwej damy.
– Strasznie... wysokie te trawy. – skomentował, gdy doszli na skraj lysandrowych ziem. – Nie rozumiem, mówiłaś że nie ma ich tak dużo, Ariel raczej nie zaniedbałby tak... – urwał. A może zaniedbałby? Przebywanie w otoczeniu zwiewnej nimfy musiało być bardzo rozkojarzające. A jednak, żeby aż tak? Bzyczenie owadów, było wręcz nie do zniesienia, a woń wciąż żywych polnych kwiatów nęciła w nos nadmiarem unoszącego się w powietrzu pyłku.