Gdzieś między migotliwymi gwiazdami, które zwolna pojawiały się na nieboskłonie, zmywając czernią nocy świetlistość południowego słońca nie znała swoich uczuć; były tak odległe, tak dalekie jej dłoniom, że ujmowane w formę mglistej enigmy, niedostępnego akwenu, arkanów podniebnych, które swym świetlistym czołem uderzały wielokroć barwami o ziemię. Wszystko było miałkie, wszystkie były pełne niewysłowionej goryczy i tego przeklętego fatum, które ponownie budziło ją bezsenną. Chciała móc spać, oddać się w wiotkie ramiona Morfeusza, a jednak tłum biegnący przez jej myśli, niszczył wszystko na drodze. Nie było widać nic; nic poza jej wzburzonymi emocjami.
Bo Lycoris przecież nie znała tego rodzaju uczuć; pozostawały zamknięte w szklistej, kryształowej szkatułce nieprzystępności. Nigdy nie pozwalała się poznać; zbliżyć się i móc dotknąć tej miękkiej części jej samej, tej, którą broniła do tej pory, otaczając murem i fosą. Nie potrafiła spać, nie potrafiła jednocześnie budzić się – świat zaginał soczystość barw jedynie gdy sięgała po laudanum.
I stała teraz tak blisko niego, że mógł czuć słodki oddech zmieszany z wonią czarnej kawy. Bez żadnych barier, bez granic, bez tego wszystkiego co ich różniło; bez tego, co ich dzieliło.
Szukała w błękicie jego oczu odpowiedzi; tak, jakby to wzburzone morze zawierające się w jego wejrzeniu mogło odpowiedzieć jej na pytanie; tak, jakby burzliwe niebo znało tajemnicę wszechrzeczy – tę, do której nie mogła dojść sama. Bo przecież dawno znała odpowiedź na zadane pytanie.
Przekrzywiła głowę nieznacznie, a z jej warg uleciało krótkie hm.
– Wyjaśnij mi zatem, jak możesz tak ranić kogoś, kogo kochasz. Nigdy nikogo nie kochałam, aż pojawiłeś się ty – Theon Całuję-Blondynki Travers, dla którego otworzyłam swoje serce. Jesteś parszywym okazem – rzekła twardo, odsuwając się od niego ponownie na dystans.
Usiadła w fotelu z cichym skrzypnięciem. Przywdziała ponownie na nos okulary i pochyliła się nad mikroskopem. Patrzyła przez moment na zlepek komórek, jakby one miały udzielić jej odpowiedzi.
– Przyjdź jutro. Masz szansę – jedną szansę. A tymczasem wyjdź stąd, bo jak cię kopnę, to z głodu zdechniesz, lecąc na księżyc.