28.02.2024, 23:28 ✶
Wszystko zdawało się snem, a dotyk drugiej dłoni zaprzeczał temu wrażeniu. Nadal wszystko jawiło się jako nierealna, mydlana bańka, która zaraz pęknie sprowadzając ją na ziemię twardym zderzeniem z rzeczywistością. Choć Morpheus jak i wysuwający się przed nimi parkiet, były jak najbardziej namacalne, to jednak były to tereny jeszcze nieodkryte, nienamalowane, które badała wyuczonym en garde.
Chwila tuż przed trwała całą wieczność, chwila drżała na koniuszkach jej palców, iskrzyła się emocjami — zdawało się, że nie tylko jej własnymi. Błyskała złotem i srebrem, smakowała zmyślnymi drinkami, rozbrzmiewała echem rozmów w wielkiej sali.
— Po cichu liczyłam, że jakoś się wywinę od tańca...tak, wiem,wywinę od tańca na potańcówce— przyznała, delikatnie splatając ich palce. Śmiech, który z siebie wydała zabarwiony był nerwowością, której nie wygładził jeszcze alkohol. Zasłodził jej językiem, zakołysał biodrem, poluzował spojrzeniem, ale na więcej jeszcze nie przygotował.
Ruszając w rytm taktów, powłóczyła do tańca, oddając się pod absolutne panowanie Longbottoma. Był wprawnym tancerzem, był niezwykle swobodnym tancerzem, który dzięki swojemu doświadczeniu, przewidzieć mógł sztywność jej własnych kończyn, nieudolność kroków, zdrętwienie oblewające jej oblicze, ale i otoczyć bryzą opiekuńczej czułości.
Której na razie niestety nie dostrzegała.
— Jeżeli będzie zbyt późno — zaczęła ostrożnie, na moment przed obrotem — rozsądniej będzie zostać. Chyba, że kompletnie się skompromituję na parkiecie, wtedy ucieknę dużo szybciej.
Oddana muzyce wirowała wraz z płynącą melodią, wraz z szelestem sukni i dreptem własnych trzewików; akordy jednakże nie zagłuszały rozjuszonych krzyków paniki kotłujących się pod jej czerepem.
— Ta różdżka...ach — westchnęła sfrustrowana kolejnym zagubionym krokiem. Nie była przecież świadoma, że nieprzychylne spojrzenia wypalają jej dziurę w plecach, a obce palce kreślą zapewne zmyślne klątwy w powietrzu — na razie muszę się skupić, Morpheusu. Nie jestem urodzoną tancerką!
Poczuła ciężkość ciemnych oczu śledzących jej sylwetkę, wytrącającą ją z załapanego wcześniej rytmu. Pogubiła się, zalewając własny kręgosłup kaskadą dreszczy żenady. Nie tak to sobie wyobrażała, przecież tchnięta nowo nabytą energią powinna była skakać i lewitować pod sufitem stodoły, tak żeby wszyscy, łącznie z dżentelmenami schowanymi w męskim kiblu (o których nie wiedziała), zbierali szczęki z podłogi.
Dlaczego to nagle było takie trudne?
Chwila tuż przed trwała całą wieczność, chwila drżała na koniuszkach jej palców, iskrzyła się emocjami — zdawało się, że nie tylko jej własnymi. Błyskała złotem i srebrem, smakowała zmyślnymi drinkami, rozbrzmiewała echem rozmów w wielkiej sali.
— Po cichu liczyłam, że jakoś się wywinę od tańca...tak, wiem,wywinę od tańca na potańcówce— przyznała, delikatnie splatając ich palce. Śmiech, który z siebie wydała zabarwiony był nerwowością, której nie wygładził jeszcze alkohol. Zasłodził jej językiem, zakołysał biodrem, poluzował spojrzeniem, ale na więcej jeszcze nie przygotował.
Ruszając w rytm taktów, powłóczyła do tańca, oddając się pod absolutne panowanie Longbottoma. Był wprawnym tancerzem, był niezwykle swobodnym tancerzem, który dzięki swojemu doświadczeniu, przewidzieć mógł sztywność jej własnych kończyn, nieudolność kroków, zdrętwienie oblewające jej oblicze, ale i otoczyć bryzą opiekuńczej czułości.
Której na razie niestety nie dostrzegała.
— Jeżeli będzie zbyt późno — zaczęła ostrożnie, na moment przed obrotem — rozsądniej będzie zostać. Chyba, że kompletnie się skompromituję na parkiecie, wtedy ucieknę dużo szybciej.
Oddana muzyce wirowała wraz z płynącą melodią, wraz z szelestem sukni i dreptem własnych trzewików; akordy jednakże nie zagłuszały rozjuszonych krzyków paniki kotłujących się pod jej czerepem.
— Ta różdżka...ach — westchnęła sfrustrowana kolejnym zagubionym krokiem. Nie była przecież świadoma, że nieprzychylne spojrzenia wypalają jej dziurę w plecach, a obce palce kreślą zapewne zmyślne klątwy w powietrzu — na razie muszę się skupić, Morpheusu. Nie jestem urodzoną tancerką!
Poczuła ciężkość ciemnych oczu śledzących jej sylwetkę, wytrącającą ją z załapanego wcześniej rytmu. Pogubiła się, zalewając własny kręgosłup kaskadą dreszczy żenady. Nie tak to sobie wyobrażała, przecież tchnięta nowo nabytą energią powinna była skakać i lewitować pod sufitem stodoły, tak żeby wszyscy, łącznie z dżentelmenami schowanymi w męskim kiblu (o których nie wiedziała), zbierali szczęki z podłogi.
Dlaczego to nagle było takie trudne?