06.12.2022, 22:12 ✶
- Och, nie, skąd. Jesteśmy przecież Longbottomami. W naszych bajkach zawsze były pojedynki. Na miecze albo różdżki. Najlepiej na oba. A moja ulubiona opowieść to ta o Trzech Braciach – powiedziała Brenna i właściwie w kwestii ulubionej opowieści mówiła prawdę, chociaż przy reszcie trochę wyolbrzymiała.
Pojedynki były tylko w dziewięciu baśniach na dziesięć. I w każdej, którą opowiadali dziadek oraz bardzo, bardzo rzadko – ojciec. Matce zdarzało się jednak opowiedzieć coś innego. Z drugiej strony większość tych bajek była brutalna, ale Brenna chyba nawet tego nie dostrzegała: jak mogłaby, skoro w jej snach pełno było wspomnień umarłych?
- To prawda – zgodziła się z Castielem bez oporów. Niektórzy brali ją za tego policjanta, który zawsze działa zgodnie z prawem i tę dziewczynę, która niezależnie od okoliczności serce ma na dłoni. W rzeczywistości jednak Brenna doskonale wiedziała, że nie wszystko da się załatwić w majestacie prawa, a jeżeli w jednym ręku trzymała to serce, to drugą zaciskała czasem w pięść. – Gdy byłam młodsza, zdawało mi się, że powinna to drzewo spalić, ale potem do mnie dotarło, że pewnie uznała to za zbyt łagodną karę…
Wzrokiem wodziła po polanie i ogniach, ale kiedy poprosił, by nie szukała kłopotów, zwróciła ku niemu spojrzenie, a na jej twarzy pojawił się przekorny uśmiech.
- Kiedy ja lubię kłopoty. Ciekawie je rozwiązywać. Bez nich jest w życiu tak nudno – oświadczyła żartobliwie. Przez głowę przeszła jej myśl, że właściwie szukanie przeklętych drzew byłoby jednym z jej mniej niebezpiecznych przedsięwzięć obok ukrywania ludzi poszukiwanych przez śmierciożerców, łapania śmierciożerców, a w pracy zgłaszania się na ochotnika do spraw, które nie należały do tych łatwych i przyjemnych. Mówienie o tym Castielowi nie było jednak dobrym pomysłem. Nie tylko przez ogólną konieczność zachowania tajemnicy ani o to, że lepiej nie martwić niepotrzebnie ludzi. Ot… jeszcze spadłby z wrażenia z tego kamienia na informację w rodzaju "hej, dwa dni temu szłam do lokalu, w którym spodziewałam się zastać śmierciożerców".
– Ale mogę obiecać, że nie będę szukać tego drzewa, robiłam to przez pół dzieciństwa i bez rezultatu – dodała, tym razem już całkiem szczerze. – Chociaż już nie obiecam, że ono nie znajdzie mnie, wiesz, w końcu mieszkam tu dość blisko. Choć najgorsze, co mi się przytrafiło w okolicznych lasach, to złamana noga. A. I raz chciały mnie zeżreć diabelskie sidła.
Brzmiało to dość strasznie, ale właściwie jak na dwadzieścia siedem lat, z których przynajmniej przez dwadzieścia włóczyła się po okolicy i pewnie nierzadko samopas, uważała, że to całkiem niski bilans wypadków.
- Hej, nie obrażaj mojej szyszki – oburzyła się teatralnie na informacje o tym, że wygrała „takie biedactwo”. To była jej szczęśliwa szyszka! Brenna tak postanowiła. Wydała w końcu na nią parę sykli. - Szyszkołak? A co by taki robił? Czy po jego ugryzieniu człowiek obrastłałby szyszkami? A może wyrastałyby mu korzenie i zamieniał się... Merlinie, zaraz. Na czym rosną szyszki? Na sosnach, prawda? Świerkach? Obu?
Pojedynki były tylko w dziewięciu baśniach na dziesięć. I w każdej, którą opowiadali dziadek oraz bardzo, bardzo rzadko – ojciec. Matce zdarzało się jednak opowiedzieć coś innego. Z drugiej strony większość tych bajek była brutalna, ale Brenna chyba nawet tego nie dostrzegała: jak mogłaby, skoro w jej snach pełno było wspomnień umarłych?
- To prawda – zgodziła się z Castielem bez oporów. Niektórzy brali ją za tego policjanta, który zawsze działa zgodnie z prawem i tę dziewczynę, która niezależnie od okoliczności serce ma na dłoni. W rzeczywistości jednak Brenna doskonale wiedziała, że nie wszystko da się załatwić w majestacie prawa, a jeżeli w jednym ręku trzymała to serce, to drugą zaciskała czasem w pięść. – Gdy byłam młodsza, zdawało mi się, że powinna to drzewo spalić, ale potem do mnie dotarło, że pewnie uznała to za zbyt łagodną karę…
Wzrokiem wodziła po polanie i ogniach, ale kiedy poprosił, by nie szukała kłopotów, zwróciła ku niemu spojrzenie, a na jej twarzy pojawił się przekorny uśmiech.
- Kiedy ja lubię kłopoty. Ciekawie je rozwiązywać. Bez nich jest w życiu tak nudno – oświadczyła żartobliwie. Przez głowę przeszła jej myśl, że właściwie szukanie przeklętych drzew byłoby jednym z jej mniej niebezpiecznych przedsięwzięć obok ukrywania ludzi poszukiwanych przez śmierciożerców, łapania śmierciożerców, a w pracy zgłaszania się na ochotnika do spraw, które nie należały do tych łatwych i przyjemnych. Mówienie o tym Castielowi nie było jednak dobrym pomysłem. Nie tylko przez ogólną konieczność zachowania tajemnicy ani o to, że lepiej nie martwić niepotrzebnie ludzi. Ot… jeszcze spadłby z wrażenia z tego kamienia na informację w rodzaju "hej, dwa dni temu szłam do lokalu, w którym spodziewałam się zastać śmierciożerców".
– Ale mogę obiecać, że nie będę szukać tego drzewa, robiłam to przez pół dzieciństwa i bez rezultatu – dodała, tym razem już całkiem szczerze. – Chociaż już nie obiecam, że ono nie znajdzie mnie, wiesz, w końcu mieszkam tu dość blisko. Choć najgorsze, co mi się przytrafiło w okolicznych lasach, to złamana noga. A. I raz chciały mnie zeżreć diabelskie sidła.
Brzmiało to dość strasznie, ale właściwie jak na dwadzieścia siedem lat, z których przynajmniej przez dwadzieścia włóczyła się po okolicy i pewnie nierzadko samopas, uważała, że to całkiem niski bilans wypadków.
- Hej, nie obrażaj mojej szyszki – oburzyła się teatralnie na informacje o tym, że wygrała „takie biedactwo”. To była jej szczęśliwa szyszka! Brenna tak postanowiła. Wydała w końcu na nią parę sykli. - Szyszkołak? A co by taki robił? Czy po jego ugryzieniu człowiek obrastłałby szyszkami? A może wyrastałyby mu korzenie i zamieniał się... Merlinie, zaraz. Na czym rosną szyszki? Na sosnach, prawda? Świerkach? Obu?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.