28.02.2024, 23:29 ✶
Tego było dla niej chyba za wiele. A raczej dla jej reputacji, chociaż nieznajomy jej chłopak koncertowo odegrał swoją rolę. Nie tylko pociągnął tę maskaradę dalej, ale i wyprowadził ją z niezręcznej sytuacji, chociaż nie do końca w taki sposób, w jaki chciała. Och, powinna była odmówić - przecież wtedy tylko jemu by narobiła wstydu, a nie wyglądał na kogoś, kto przejąłby się tym, że kilkoro osób plotkuje nad odrzuconymi zaręczynami. Mężczyznom łatwiej było się z tego otrząsnąć, zrzucić to na karb przepracowania, głupoty, płomiennych uczuć i po prostu ludzkiej pomyłki, pospieszenia się. To wszystko się rozmywało, spływało jak woda po kaczych piórach, a oni poprawiali garnitur i parli dalej, do przodu, nie oglądając się za siebie. Roselyn na pocałunek w wierzch dłoni zareagowała krótkim, nerwowym uśmiechem. Fasada pozorów zaczynała się sypać, a ona czuła, że jeżeli stąd nie wyjdzie, to po prostu weźmie nogi za pas. Co z tego, że miała szpilki i nie potrafiła w nich biegać - potrzebowała, żeby te wszystkie oczy, które były w nich wlepione, zniknęły. Potrzebowała odetchnąć i przede wszystkim zrozumieć co tu się właśnie odwaliło.
Myślała, że będzie dla niej oparciem, użyczy swojego ramienia i po prostu wyjdą z budynku, ale najwyraźniej on miał inne plany. Przyciągnął ją mocno do siebie, co przyjęła nie tyle co ze spłoszeniem, a zaskoczeniem. Lekko uniesione brwi i rozchylone usta - brakowało tylko znaków zapytania w oczach. Rose wciągnęła gwałtownie powietrze, gdy poczuła drugą rękę tam, gdzie dzisiaj nie spodziewała się jej poczuć. Uniósł ją bez żadnego problemu, była piekielnie szczupłą osobą, chociaż jadła tyle, ile powinna. Miała to po matce, która była jeszcze chudsza. Ciążę przeżyła bardzo źle, ojciec mówił jej, że na początku nawet schudła jeszcze bardziej, zamiast przytyć. Rose również nie parała się żadną aktywnością fizyczną - głównie z braku czasu, ale i chęci. Miała zerową kondycję, na parkiecie wśród wirujących par szybko się męczyła, traciła powietrze z płuc. Być może dobrze, że jednak ją podniósł, bo tłumek rozstąpił się, a Borgin wyniósł ją z tego zamieszania, prosząc wcześniej o dyskrecję. Roselyn otoczyła dłońmi jego szyję, zupełnie odruchowo, żeby nie spaść i ułatwić mu to jakże niewdzięczne zadanie. Bo przyjął praktycznie wszystkie ciosy na siebie. Wtuliła się więc w jego klatkę piersiową, usilnie unikając zerkania na jego twarz. Z dwojga złego mogła trafić gorzej, prawda? Jej różane perfumy zmieszały się z jego, podrażniły nos, bo i zapach był jej znajomy. Czy to była jedna z popularniejszych wód kolońskich, czy już kiedyś czuła ten zapach? Przecież zapachy były nośnikami wspomnień.
Nie znała tego miejsca. Przyciemnione światło i otwierany taras sprawiły, że zadrżała, bo przecież Borgin dosłownie miał ją w garści. A co, jeżeli to był jeden z tych złych chłopaków, którzy krzywdzą innych wyłącznie dla swojej rozrywki? Przecież wyraźnie zaznaczył, że potrzebują teraz spokoju. Więc gdy tylko jej buty dotknęły ziemi, Roselyn odsunęła się na trzy kroki, wystawiając przed siebie torebkę, jakby była pewna, że ten przedmiot ją ochroni. Ta niewinna minka, bladość i rozchylone usteczka nagle zniknęły, jak za dotknięciem różdżki. Której chyba przy sobie nie miała, chociaż kto wie, co skrywała właśnie ta torebka, którą wyciągała przed siebie.
- Nie jestem złodziejką - syknęła, marszcząc brwi. Kłamała, oczywiście że kłamała, ale uparcie obstawiała przy swoim. Papierosa nie przyjęła. Postawa Greengrassówny zmieniła się diametralnie: zamiast bladej, trzęsącej się jak osika kobiety, przed Anthonym stała dziewczyna, która unosiła wyzywająco podbródek, miała lekko wykrzywione w oburzeniu usta. Wyprostowane plecy, brak jakichkolwiek oznak, że jeszcze chwilę temu błagała o powietrze. Czy grała wtedy? A może grała teraz? - Nie wiem, o czym mówisz i nie nazywaj mnie tak! Co to w ogóle było? Oświadczyny? Naprawdę?
Aż na usta się cisnęło czy jesteś aż tak zdesperowany, ale te słowa nie padły.
Myślała, że będzie dla niej oparciem, użyczy swojego ramienia i po prostu wyjdą z budynku, ale najwyraźniej on miał inne plany. Przyciągnął ją mocno do siebie, co przyjęła nie tyle co ze spłoszeniem, a zaskoczeniem. Lekko uniesione brwi i rozchylone usta - brakowało tylko znaków zapytania w oczach. Rose wciągnęła gwałtownie powietrze, gdy poczuła drugą rękę tam, gdzie dzisiaj nie spodziewała się jej poczuć. Uniósł ją bez żadnego problemu, była piekielnie szczupłą osobą, chociaż jadła tyle, ile powinna. Miała to po matce, która była jeszcze chudsza. Ciążę przeżyła bardzo źle, ojciec mówił jej, że na początku nawet schudła jeszcze bardziej, zamiast przytyć. Rose również nie parała się żadną aktywnością fizyczną - głównie z braku czasu, ale i chęci. Miała zerową kondycję, na parkiecie wśród wirujących par szybko się męczyła, traciła powietrze z płuc. Być może dobrze, że jednak ją podniósł, bo tłumek rozstąpił się, a Borgin wyniósł ją z tego zamieszania, prosząc wcześniej o dyskrecję. Roselyn otoczyła dłońmi jego szyję, zupełnie odruchowo, żeby nie spaść i ułatwić mu to jakże niewdzięczne zadanie. Bo przyjął praktycznie wszystkie ciosy na siebie. Wtuliła się więc w jego klatkę piersiową, usilnie unikając zerkania na jego twarz. Z dwojga złego mogła trafić gorzej, prawda? Jej różane perfumy zmieszały się z jego, podrażniły nos, bo i zapach był jej znajomy. Czy to była jedna z popularniejszych wód kolońskich, czy już kiedyś czuła ten zapach? Przecież zapachy były nośnikami wspomnień.
Nie znała tego miejsca. Przyciemnione światło i otwierany taras sprawiły, że zadrżała, bo przecież Borgin dosłownie miał ją w garści. A co, jeżeli to był jeden z tych złych chłopaków, którzy krzywdzą innych wyłącznie dla swojej rozrywki? Przecież wyraźnie zaznaczył, że potrzebują teraz spokoju. Więc gdy tylko jej buty dotknęły ziemi, Roselyn odsunęła się na trzy kroki, wystawiając przed siebie torebkę, jakby była pewna, że ten przedmiot ją ochroni. Ta niewinna minka, bladość i rozchylone usteczka nagle zniknęły, jak za dotknięciem różdżki. Której chyba przy sobie nie miała, chociaż kto wie, co skrywała właśnie ta torebka, którą wyciągała przed siebie.
- Nie jestem złodziejką - syknęła, marszcząc brwi. Kłamała, oczywiście że kłamała, ale uparcie obstawiała przy swoim. Papierosa nie przyjęła. Postawa Greengrassówny zmieniła się diametralnie: zamiast bladej, trzęsącej się jak osika kobiety, przed Anthonym stała dziewczyna, która unosiła wyzywająco podbródek, miała lekko wykrzywione w oburzeniu usta. Wyprostowane plecy, brak jakichkolwiek oznak, że jeszcze chwilę temu błagała o powietrze. Czy grała wtedy? A może grała teraz? - Nie wiem, o czym mówisz i nie nazywaj mnie tak! Co to w ogóle było? Oświadczyny? Naprawdę?
Aż na usta się cisnęło czy jesteś aż tak zdesperowany, ale te słowa nie padły.