28.02.2024, 23:44 ✶
Mroczny znak był tylko początkiem. Początkiem końca, który niechybnie zmierzał w jego kierunku. Błąkał się, szukał, może nawet dopytywał o niego. Dawał o sobie znać, przypominał, że istnieje. Coś co z początku było równie niewinną grą, próbą odnalezienia siebie, okazało się kluczem do nagrody, której nie chciał odbierać. Ani dzisiaj, ani jutro, a najlepiej to w ogóle. Nie miał jednak wybory - powiedział A, musiał powiedzieć B bo taka była kolej rzeczy.
- Nie... - odparł bardzo cicho, tak że nawet nie miała prawa tego usłyszeć. Nie zgadzał się, wszak nie była to kolejna bzdura. Może Cynthia odbierała to w ten sposób z perspektywy własnych doświadczeń i przekonań, do których dorosła na przestrzeni tych wszystkich lat. W porównaniu z tym co było kiedyś, teraz miała prawo się nie zgadzać. Miała prawo wyrażać swoje zdanie, co nie zostałoby odebrane jako najwyższa obraża majestatu, tak jak bywało to swego czasu... ale te czasy już minęły.
Porównanie do myszy było jak najbardziej trafne. Gorszy był tylko fakt, że to on sam siebie zagonił w ten róg. Bez problemu można było stwierdzić, że źle zagrał życiowe karty... tylko czy mógł to tak rozpatrywać? Nadal był na wolności. Nadal wiódł spokojne życie, a przynajmniej w miarę spokojne. Nadal był sobą, chociaż zatracał się w czarnej magii. Prawda była też taka, że odpowiedź na większość swoich pytań czy problemów, widział w tej właśnie dziedzinie magii.
Stanley pokiwał przecząco głową. Nie miał pojęcia. Nie potrafił też zdecydować czy tak miało być czy też nie. Nawet nie bardzo miał chęci czy siły, aby to od niego zależała ta decyzja. Jeżeli Flint tak rozdała karty tego wieczora, miał zamiar ugrać z nich cokolwiek, tak aby nie odpaść w przedbiegach. Nie mógł spasować bez walki - tego był pewien. Borgin nigdy się nie poddawał. Zawsze atakował do skutku, tak długo, aż w końcu nie wyszło na jego. Potrafił chodzić, pytać, męczyć bułę... tylko pojawiał się ten sam problem - to robił jako nastolatek, a starszy on, chyba to zatracił. Wymienił na inne umiejętności? Uznał, że warto się zmienić?
- Gdybym nie był niemądry to może rzeczy potoczyłyby się inaczej...? - odparł, podnosząc na nią wzrok. Trochę spod byka ale zawsze lepiej tak, niż jakby miał wpatrywać się w jakąś podłogę czy inny żar, całkowicie ignorując jej obecność albo przynajmniej starając się to zrobić. Chciał ale nie potrafił. Nie potrafił jej ignorować. Przegrał ze Stanleyem. Tym Stanleyem, który nie umiał tego robić - swoją młodszą wersją - No tak... - zgodził się z nią. Nie pozwoliła mu sprowadzać wszystkiego do goryczy wódki, tak jak nie pozwalała mu oblać zielarstwa na przed ostatnim roku. Nadal zaborcza w pewnych sprawach. Nadal nie dopuszczała dyskusji o fundamentalne sprawy. Nadal nie było sensu próbować tego typu kłótni bo była to automatyczna przegrana.
Z każdym kolejnym krokiem, z każdym pokonanym centymetrem, Borgin chciał się cofnąć w czasie do tych złotych... czasów... tak, czasów. Znowu chciał, aby jego jedynym zmartwieniem było to kiedy nastąpi kolejny egzamin i jak bardzo niszczy on jego plany. Z pozoru na wszystko była jednak odpowiedź, na wszystko było jakieś rozwiązanie. Często znajdowało się one na wyciągnięcie ręki. Było bliżej, niż nam się mogło spodziewać. I tak za czasów Hogwartu, jednym z rozwiązań była ona, otaczając swoją taką aurą, oferując pomocną dłoń czy po prostu tym, że była. Chyba to ostatnie było najważniejsze, zwłaszcza wtedy gdy brakowało wszystkich innych. Kiedy wszyscy myśleli, że jest w porządku bo takie pozory stwarzał, ktoś rzucał to koło ratunkowe, wiedząc, że właśnie tonie na środku jeziora. I to było piękne - bezinteresowne.
- Masz. Jako jedna z nielicznych osób, masz do tego prawo - stwierdził pewnym głosem, a lewe oko aż mu za pulsowało - Moment słabości nie jest dobrym powodem - przyznał utrzymując kontakt wzrokowy chociaż kosztowało go to bardzo wiele - Dzisiaj? Po prostu cieszyć się chwilą? Zapomnieć na moment jak bardzo życie jest niesprawiedliwe i dało nam w kość? - zaproponował, widząc w tym jedynie rozwiązanie. Nie mogli tylko gdybać, planować, myśleć. Tak jak wszyscy ludzie na tej ziemi, potrzebowali odpocząć, nawet jeżeli zawsze chodzili na najwyższych obrotach. To im się po prostu należało.
Kazał jej nosić głowę wysoko. Kazał jej się cenić. Taka była prawda... tylko nie spodziewał się chyba tego, że wykorzysta to przeciwko niemu samemu, bo te kilka lat temu na pewno nie zakładał takiej sytuacji. Nie mógł się spodziewać, że to czego ją nauczył, obróci się przeciwko niemu - Tak - odparł krótko, a następnie pociągnął solidny łyk tego paskudztwa. Nie obyło się też bez grymasu, który przemknął po twarzy Stanleya. Thia świetnie wiedziała, że on po prostu chciał. Trochę może jakby był jej to winny i traktował to jako swoją karę?
- Inny trunek byłby zbyt łatwy. Zbyt przyjemny, a to nie o to chodzi - przyznał - Nie mogę przecież pójść na łatwiznę. Zawsze kombinuję jak koń pod górę - przypomniał jej, robiąc pół kroku do przodu. Trochę nieśmiałego kroku - zawsze coś. Od czegoś trzeba było zacząć - Mam tylko nadzieję, że Ty się nie wjebałaś w żadne problemy - zapytał, biorąc kolejny karny łyk. Już tak nie bolało, nie cierpiał. Powoli zaczął się przyzwyczajać albo ignorować gorycz. Brakowało przecież tylko tego, aby i Cynthia miała na sobie wyrok w zawieszeniu, a przecież na niego nie zasługiwała.
- Ja... - zaczął ale zamilkł. Uciekł wzrokiem na bok, gdzieś w kierunku bliżej nieokreślonej rzeczy w kuchni. Trwał to może sekundę, może dwie. Szybkim haustem dopił resztkę wódki, przymykając mimo wszystko oczy - Cieszę się, że jesteś - dodał mimo, że mina na to nie wskazywała. Czy było to spowodowane alkoholem? A może tym, że wcale tak nie sądził? To jednak wiedział Stanley... Chyba tylko on ale czy na pewno?
- Nie... - odparł bardzo cicho, tak że nawet nie miała prawa tego usłyszeć. Nie zgadzał się, wszak nie była to kolejna bzdura. Może Cynthia odbierała to w ten sposób z perspektywy własnych doświadczeń i przekonań, do których dorosła na przestrzeni tych wszystkich lat. W porównaniu z tym co było kiedyś, teraz miała prawo się nie zgadzać. Miała prawo wyrażać swoje zdanie, co nie zostałoby odebrane jako najwyższa obraża majestatu, tak jak bywało to swego czasu... ale te czasy już minęły.
Porównanie do myszy było jak najbardziej trafne. Gorszy był tylko fakt, że to on sam siebie zagonił w ten róg. Bez problemu można było stwierdzić, że źle zagrał życiowe karty... tylko czy mógł to tak rozpatrywać? Nadal był na wolności. Nadal wiódł spokojne życie, a przynajmniej w miarę spokojne. Nadal był sobą, chociaż zatracał się w czarnej magii. Prawda była też taka, że odpowiedź na większość swoich pytań czy problemów, widział w tej właśnie dziedzinie magii.
Stanley pokiwał przecząco głową. Nie miał pojęcia. Nie potrafił też zdecydować czy tak miało być czy też nie. Nawet nie bardzo miał chęci czy siły, aby to od niego zależała ta decyzja. Jeżeli Flint tak rozdała karty tego wieczora, miał zamiar ugrać z nich cokolwiek, tak aby nie odpaść w przedbiegach. Nie mógł spasować bez walki - tego był pewien. Borgin nigdy się nie poddawał. Zawsze atakował do skutku, tak długo, aż w końcu nie wyszło na jego. Potrafił chodzić, pytać, męczyć bułę... tylko pojawiał się ten sam problem - to robił jako nastolatek, a starszy on, chyba to zatracił. Wymienił na inne umiejętności? Uznał, że warto się zmienić?
- Gdybym nie był niemądry to może rzeczy potoczyłyby się inaczej...? - odparł, podnosząc na nią wzrok. Trochę spod byka ale zawsze lepiej tak, niż jakby miał wpatrywać się w jakąś podłogę czy inny żar, całkowicie ignorując jej obecność albo przynajmniej starając się to zrobić. Chciał ale nie potrafił. Nie potrafił jej ignorować. Przegrał ze Stanleyem. Tym Stanleyem, który nie umiał tego robić - swoją młodszą wersją - No tak... - zgodził się z nią. Nie pozwoliła mu sprowadzać wszystkiego do goryczy wódki, tak jak nie pozwalała mu oblać zielarstwa na przed ostatnim roku. Nadal zaborcza w pewnych sprawach. Nadal nie dopuszczała dyskusji o fundamentalne sprawy. Nadal nie było sensu próbować tego typu kłótni bo była to automatyczna przegrana.
Z każdym kolejnym krokiem, z każdym pokonanym centymetrem, Borgin chciał się cofnąć w czasie do tych złotych... czasów... tak, czasów. Znowu chciał, aby jego jedynym zmartwieniem było to kiedy nastąpi kolejny egzamin i jak bardzo niszczy on jego plany. Z pozoru na wszystko była jednak odpowiedź, na wszystko było jakieś rozwiązanie. Często znajdowało się one na wyciągnięcie ręki. Było bliżej, niż nam się mogło spodziewać. I tak za czasów Hogwartu, jednym z rozwiązań była ona, otaczając swoją taką aurą, oferując pomocną dłoń czy po prostu tym, że była. Chyba to ostatnie było najważniejsze, zwłaszcza wtedy gdy brakowało wszystkich innych. Kiedy wszyscy myśleli, że jest w porządku bo takie pozory stwarzał, ktoś rzucał to koło ratunkowe, wiedząc, że właśnie tonie na środku jeziora. I to było piękne - bezinteresowne.
- Masz. Jako jedna z nielicznych osób, masz do tego prawo - stwierdził pewnym głosem, a lewe oko aż mu za pulsowało - Moment słabości nie jest dobrym powodem - przyznał utrzymując kontakt wzrokowy chociaż kosztowało go to bardzo wiele - Dzisiaj? Po prostu cieszyć się chwilą? Zapomnieć na moment jak bardzo życie jest niesprawiedliwe i dało nam w kość? - zaproponował, widząc w tym jedynie rozwiązanie. Nie mogli tylko gdybać, planować, myśleć. Tak jak wszyscy ludzie na tej ziemi, potrzebowali odpocząć, nawet jeżeli zawsze chodzili na najwyższych obrotach. To im się po prostu należało.
Kazał jej nosić głowę wysoko. Kazał jej się cenić. Taka była prawda... tylko nie spodziewał się chyba tego, że wykorzysta to przeciwko niemu samemu, bo te kilka lat temu na pewno nie zakładał takiej sytuacji. Nie mógł się spodziewać, że to czego ją nauczył, obróci się przeciwko niemu - Tak - odparł krótko, a następnie pociągnął solidny łyk tego paskudztwa. Nie obyło się też bez grymasu, który przemknął po twarzy Stanleya. Thia świetnie wiedziała, że on po prostu chciał. Trochę może jakby był jej to winny i traktował to jako swoją karę?
- Inny trunek byłby zbyt łatwy. Zbyt przyjemny, a to nie o to chodzi - przyznał - Nie mogę przecież pójść na łatwiznę. Zawsze kombinuję jak koń pod górę - przypomniał jej, robiąc pół kroku do przodu. Trochę nieśmiałego kroku - zawsze coś. Od czegoś trzeba było zacząć - Mam tylko nadzieję, że Ty się nie wjebałaś w żadne problemy - zapytał, biorąc kolejny karny łyk. Już tak nie bolało, nie cierpiał. Powoli zaczął się przyzwyczajać albo ignorować gorycz. Brakowało przecież tylko tego, aby i Cynthia miała na sobie wyrok w zawieszeniu, a przecież na niego nie zasługiwała.
- Ja... - zaczął ale zamilkł. Uciekł wzrokiem na bok, gdzieś w kierunku bliżej nieokreślonej rzeczy w kuchni. Trwał to może sekundę, może dwie. Szybkim haustem dopił resztkę wódki, przymykając mimo wszystko oczy - Cieszę się, że jesteś - dodał mimo, że mina na to nie wskazywała. Czy było to spowodowane alkoholem? A może tym, że wcale tak nie sądził? To jednak wiedział Stanley... Chyba tylko on ale czy na pewno?
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972