28.02.2024, 23:44 ✶
Camille co jakiś czas zerkała na drzwi, ale szybko zdała sobie sprawę, że to bezcelowe. Przecież nie wiedziała, z kim dokładnie się spotka. Poprosiła co prawda o spotkanie z Mulciberem, ale nie miała zielonego pojęcia, jak on wyglądał. Kim był, jaki był. Margaret była szalenie miłą osobą, może trochę zahukaną, ale miłą - i sumienną, z tego co zdążyła z nią porozmawiać. Ktoś taki nie mógł zostać wychowany przez tyrana, osobę nieuprzejmą, złą. A przynajmniej tak jej się wydawało.
Nie zmieniało to faktu, że nie miała pojęcia, jak Mulciber wygląda, więc szybko dała sobie spokój z wlepianiem oczu w drzwi. Sięgnęła po wino i zwilżyła nim usta. Francuskie, z zaprzyjaźnionej z jej rodziną winnicy. Specjalnie tu przyszła, bo skoro mieli rozmawiać o tym nieszczęsnym wypadku, to równie dobrze mogli to robić przy dobrym winie i jedzeniu. I lawendzie, która koiła nerwy. Akurat odkładała kieliszek z powrotem na blat stolika, gdy podszedł do niej mężczyzna. Blondynka uniosła wzrok i niemal automatycznie przywołała na twarz uśmiech. Wstała, wyciągając dłoń w jego kierunku.
- Zgadza się. Pan Mulciber, prawda? - nie znała jego imienia, liczyła, że się jej przedstawi. Nie wyprowadziła go również z błędu, bo formalnie wciąż była panną. Ale byli w zbliżonym do siebie wieku, a ona nie nosiła obrączki. Nie każdy musiał wiedzieć, że Delacour unikała wiązania się na stałe. Brak obrączki na jej palcu lub chociażby pierścionka mógł sugerować chociażby to, że była wdową. Za wdowy nikt się nie brał, można było wtedy normalnie, kulturalnie rozmawiać. A na tym jej zależało: przecież nie chciała, żeby komukolwiek stała się krzywda. Czułaby się po części za to odpowiedzialna. - Dziękuję, że pan przyszedł.
Blond włosy zafalowały, gdy usiadła z powrotem, lekko przesuwając pudełko z kadzidłami na bok.
- Od razu zaznaczę, że nic wielkiego się nie stało, ale... Chyba pana córka? Przepraszam, nosi pan to samo nazwisko. Margaret, gdy ostatnio rozmawiałyśmy, wręczyła mi to pudełko. W środku znajdują się kadzidła z pańskiego sklepu. Ponoć miały dać ciekawy efekt, przywołać artystyczne wizje? - zaczęła miękko, spokojnym tonem. Nie wyglądała na kogoś, kto miałby zaraz rzucić się na Richarda z pazurami, bo wcisnął jej coś trefnego. Jednak gdy mówiła, że nic wielkiego się nie stało, odruchowo obróciła rękę tak, by siniak znalazł się przy blacie, by pozostał niewidoczny. - Coś jest z nimi nie tak. Kadzidła, których do tej pory używałam, służyły do zupełnie czego innego. Nie dawały takich efektów. Teraz jednak zapaliłam jedno z nich, a pół godziny doznałam tak silnej wizji, dziwnego przypływu sił i jednocześnie ich odpływu, że upadłam. W głowie miałam tysiące obrazów, ale żaden z nich nie był tym, czego mogłabym się spodziewać, panie Mulciber. Były niezwykle niepokojące, a jednocześnie odebrały mi zdolność ustania na własnych nogach.
Spoważniała. Nie chciała dzielić się z nim wizjami, których doznała, o ile to w ogóle były wizje. Nigdy ich nie doświadczała, była na nie bardzo odporna, ale te kadziła przywołały jej najgorsze lęki. Tragiczne wspomnienia i wyobrażenia. Wyciągnęły rzeczy, które miały pozostać na zawsze zakopane. A przecież nie taki miał być efekt, prawda? Do pomyłki też nie mogło dojść, bo kto sprzedawałby takie rzeczy? Na pewno nie oni, prawda?
Nie zmieniało to faktu, że nie miała pojęcia, jak Mulciber wygląda, więc szybko dała sobie spokój z wlepianiem oczu w drzwi. Sięgnęła po wino i zwilżyła nim usta. Francuskie, z zaprzyjaźnionej z jej rodziną winnicy. Specjalnie tu przyszła, bo skoro mieli rozmawiać o tym nieszczęsnym wypadku, to równie dobrze mogli to robić przy dobrym winie i jedzeniu. I lawendzie, która koiła nerwy. Akurat odkładała kieliszek z powrotem na blat stolika, gdy podszedł do niej mężczyzna. Blondynka uniosła wzrok i niemal automatycznie przywołała na twarz uśmiech. Wstała, wyciągając dłoń w jego kierunku.
- Zgadza się. Pan Mulciber, prawda? - nie znała jego imienia, liczyła, że się jej przedstawi. Nie wyprowadziła go również z błędu, bo formalnie wciąż była panną. Ale byli w zbliżonym do siebie wieku, a ona nie nosiła obrączki. Nie każdy musiał wiedzieć, że Delacour unikała wiązania się na stałe. Brak obrączki na jej palcu lub chociażby pierścionka mógł sugerować chociażby to, że była wdową. Za wdowy nikt się nie brał, można było wtedy normalnie, kulturalnie rozmawiać. A na tym jej zależało: przecież nie chciała, żeby komukolwiek stała się krzywda. Czułaby się po części za to odpowiedzialna. - Dziękuję, że pan przyszedł.
Blond włosy zafalowały, gdy usiadła z powrotem, lekko przesuwając pudełko z kadzidłami na bok.
- Od razu zaznaczę, że nic wielkiego się nie stało, ale... Chyba pana córka? Przepraszam, nosi pan to samo nazwisko. Margaret, gdy ostatnio rozmawiałyśmy, wręczyła mi to pudełko. W środku znajdują się kadzidła z pańskiego sklepu. Ponoć miały dać ciekawy efekt, przywołać artystyczne wizje? - zaczęła miękko, spokojnym tonem. Nie wyglądała na kogoś, kto miałby zaraz rzucić się na Richarda z pazurami, bo wcisnął jej coś trefnego. Jednak gdy mówiła, że nic wielkiego się nie stało, odruchowo obróciła rękę tak, by siniak znalazł się przy blacie, by pozostał niewidoczny. - Coś jest z nimi nie tak. Kadzidła, których do tej pory używałam, służyły do zupełnie czego innego. Nie dawały takich efektów. Teraz jednak zapaliłam jedno z nich, a pół godziny doznałam tak silnej wizji, dziwnego przypływu sił i jednocześnie ich odpływu, że upadłam. W głowie miałam tysiące obrazów, ale żaden z nich nie był tym, czego mogłabym się spodziewać, panie Mulciber. Były niezwykle niepokojące, a jednocześnie odebrały mi zdolność ustania na własnych nogach.
Spoważniała. Nie chciała dzielić się z nim wizjami, których doznała, o ile to w ogóle były wizje. Nigdy ich nie doświadczała, była na nie bardzo odporna, ale te kadziła przywołały jej najgorsze lęki. Tragiczne wspomnienia i wyobrażenia. Wyciągnęły rzeczy, które miały pozostać na zawsze zakopane. A przecież nie taki miał być efekt, prawda? Do pomyłki też nie mogło dojść, bo kto sprzedawałby takie rzeczy? Na pewno nie oni, prawda?