29.02.2024, 09:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.02.2024, 09:37 przez Brenna Longbottom.)
Przestań, miała ochotę powiedzieć Brenna i najlepiej potrząsnąć tą kobietą, bo czy ona nie widziała, jak bardzo krzywdzi swojego syna? W jaką stronę go pcha? Jak bardzo niezdrowe jest, że chce go tylko dla siebie?
Powstrzymała gniewne słowa, cisnące się na usta głównie ze względu na Sama, który nie umiałby pewnie nie stanąć po stronie matki. Odeszła po prostu nieco, by zniknąć jej z oczu, ale by pozostać na tyle blisko, aby móc zostać znalezioną, gdyby chłopak wymknął się spod kurateli matki. I kiedy mu się to udało, przywitała go zwykłym uśmiechem, odpychając na bok myśli o tym, jak bardzo chciałaby móc skopać kościsty tyłek pani McGongall: bo przecież sama rozmowa nie wystarczyłaby, aby wlać jej do głowy trochę rozumu.
- Część, Sam, dobrze cię widzieć - przywitała się, niezbyt przejęta tym, jak blisko podszedł. Brenna rzadko miała problemy z dotykiem czy staniem blisko innych, a Samuel był przecież jej przyjacielem. - Ojej, boję się, że trochę mnie przeceniasz - odparła, kiedy stwierdził, że ona na pewno będzie wiedziała, co myśleć o prezencie. Jasne, rozumiała ludzi trochę lepiej niż Sam, bo spędzała w ich towarzystwie znacznie więcej czasu. Ale to nie tak, że była jakaś znawczynią ludzkich charakterów.
- Hm? Oczywiście, że Nora cię lubi... – odparła odruchowo na pytanie, nawet się nad nim nie zastanawiając. A jakąś sekundę później dotarło do niej, że chłopak pytał o coś zupełnie innego. Nie przyszło to Brennie w pierwszej chwili do głowy, bo ani żaden chłopiec nigdy nie interesował się nią, ani ona specjalnie się nie rozglądała, ale w jej hogwarckim gronie wiele było przecież par i nieszczęśliwych miłostek. Te płonące uszy i spojrzenie jasno wskazywały na to, co miał na myśli. – Och! Lubi – lubi – powiedziała, wsuwając palce w czuprynę, by przeczesać włosy.
Czy Nora lubiła – lubiła Sama? Brenna tak naprawdę nie była w stu procentach pewna – gdyby się nad tym zastanowić, na pewno traktowała go zupełnie inaczej niż takiego Erika czy chłopców ze swojego roku. Ale Bren sama nie była pewna, co o tym wszystkim myśleć. Samuel Mcgongall był uroczym chłopcem, Nora uroczą dziewczynką, jednocześnie jednak lubienie – lubienie go oznaczało bycie rzuconym na pożarcie Babie Jadze, a panna Figg w przeciwieństwie do Brenny pewnie by się takiej bała. I w jakim kierunku dalej miałoby pójść to lubienie? Przecież Nora nie zamieszka w środku lasu…
Zaraz Brenna pokręciła głową, sama siebie upominając, że oni mieli po szesnaście lat, a ona za bardzo się zapędza.
– Tak naprawdę nie jestem pewna – przyznała uczciwie. – Gdybym miała zgadywać, to chyba tak, ale nie pytałam, a ona nic nie mówiła.
Rozumiem za to, że ty lubisz ją, pomyślała, obserwując jego minę.
Powstrzymała gniewne słowa, cisnące się na usta głównie ze względu na Sama, który nie umiałby pewnie nie stanąć po stronie matki. Odeszła po prostu nieco, by zniknąć jej z oczu, ale by pozostać na tyle blisko, aby móc zostać znalezioną, gdyby chłopak wymknął się spod kurateli matki. I kiedy mu się to udało, przywitała go zwykłym uśmiechem, odpychając na bok myśli o tym, jak bardzo chciałaby móc skopać kościsty tyłek pani McGongall: bo przecież sama rozmowa nie wystarczyłaby, aby wlać jej do głowy trochę rozumu.
- Część, Sam, dobrze cię widzieć - przywitała się, niezbyt przejęta tym, jak blisko podszedł. Brenna rzadko miała problemy z dotykiem czy staniem blisko innych, a Samuel był przecież jej przyjacielem. - Ojej, boję się, że trochę mnie przeceniasz - odparła, kiedy stwierdził, że ona na pewno będzie wiedziała, co myśleć o prezencie. Jasne, rozumiała ludzi trochę lepiej niż Sam, bo spędzała w ich towarzystwie znacznie więcej czasu. Ale to nie tak, że była jakaś znawczynią ludzkich charakterów.
- Hm? Oczywiście, że Nora cię lubi... – odparła odruchowo na pytanie, nawet się nad nim nie zastanawiając. A jakąś sekundę później dotarło do niej, że chłopak pytał o coś zupełnie innego. Nie przyszło to Brennie w pierwszej chwili do głowy, bo ani żaden chłopiec nigdy nie interesował się nią, ani ona specjalnie się nie rozglądała, ale w jej hogwarckim gronie wiele było przecież par i nieszczęśliwych miłostek. Te płonące uszy i spojrzenie jasno wskazywały na to, co miał na myśli. – Och! Lubi – lubi – powiedziała, wsuwając palce w czuprynę, by przeczesać włosy.
Czy Nora lubiła – lubiła Sama? Brenna tak naprawdę nie była w stu procentach pewna – gdyby się nad tym zastanowić, na pewno traktowała go zupełnie inaczej niż takiego Erika czy chłopców ze swojego roku. Ale Bren sama nie była pewna, co o tym wszystkim myśleć. Samuel Mcgongall był uroczym chłopcem, Nora uroczą dziewczynką, jednocześnie jednak lubienie – lubienie go oznaczało bycie rzuconym na pożarcie Babie Jadze, a panna Figg w przeciwieństwie do Brenny pewnie by się takiej bała. I w jakim kierunku dalej miałoby pójść to lubienie? Przecież Nora nie zamieszka w środku lasu…
Zaraz Brenna pokręciła głową, sama siebie upominając, że oni mieli po szesnaście lat, a ona za bardzo się zapędza.
– Tak naprawdę nie jestem pewna – przyznała uczciwie. – Gdybym miała zgadywać, to chyba tak, ale nie pytałam, a ona nic nie mówiła.
Rozumiem za to, że ty lubisz ją, pomyślała, obserwując jego minę.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.