06.12.2022, 23:07 ✶
Końcówka roku zawsze kojarzyła się dość ciemno, chmurnie, paskudnie, jeśli nie liczyć
Yule wypełnionego kolorami świątecznych ozdób i ciepłem rodzinnych spotkań. Tyle że do Yule jeszcze daleko, a za oknem…
… jesień, prawda. Słota, też prawda. Ogólna paskudność, wybitnie zniechęcająca do wyściubienia nosa na zewnątrz, czego koniec końców nie dało się uniknąć; zawsze znajdzie się jakiś przestępca do złapania, jakaś nieprawidłowo zaparkowana miotła, patrol, który należało wykonać. Że też nie można było zwinąć się w kłębek pod kołdrą, zahibernować i obudzić się na wiosnę!
Ale pogoda to jednak tylko pogoda, stały cykl natury, element koła roku. Teraz to liście bez drzew, za chwilę zaś – gałęzie uginające się od śniegu. W to wszystko wpisywał się – a jednocześnie i nie wpisywał – niedawno ogłoszony manifest Voldemorta. Pogoda się zmieniała, tak jak i kartki w kalendarzu, co było pewne i niezmienne w swej niestałości. Ale to? Cały ten manifest ściągnął nad magiczną Brytanię o wiele ciemniejsze chmury niż te, które zsyłał listopad. I nadchodzący grudzień. Co dalej? Pytanie to ciążyło. Co dalej? Jak bardzo w mroku pogrąży się świat?
A może: co zrobić, by ten mrok nie pochłonął wszystkiego?
Jedno było pewne: Brenna miała całkowitą rację zakładając, że „ona i tak w coś się wpakuje”. Może nie trafiłaby do Zakonu Feniksa, a przynajmniej nie od razu. Może szukałaby długo jakiegoś czarodziejskiego zgrupowania, usiłując stać się tarczą dla niewinnych. A może, w akcie swoistej desperacji, zdecydowałaby się na prywatną krucjatę pod płaszczem ramienia Sprawiedliwości, którą przecież tak czy siak reprezentowała. Nie dzień, nie dwa, od dość dawna. A jeszcze dłużej wiedziała, że nastanie dzień, w którym otrzyma swój własny mundur.
Jakiekolwiek ścieżki by nie rozwijały się przed stopami Mavelle, zmuszając do dokonania wybotu, na żadną z dotychczasowym nie zdążyła jeszcze wstąpić.
Ale otworzyć drzwi kuzynce jak najbardziej zdążyła.
Trochę rozczochrana, w powyciąganym swetrze – najwyraźniej miała chwilę, w trakcie której nie musiała prezentować się jako tako przed światem, zwłaszcza że z całą pewnością nie spodziewała się wizyty kuzynki – nieco nieprzytomnie spojrzała na sylwetkę Brenny.
Błysk rozpoznania, zaskoczenia, po części też i radości – pojawienie się Longbottomówny było niczym pojawienie się promyka słońca, rozpraszającego ciemności. A tej było w tej chwili aż nadto, o wiele za dużo niż by sobie życzyła, niż pamiętała. Znana z historii wojna z Grindelwaldem była dla niej abstrakcją; teraz zaś dobitnie się okazywało, że jednak nie przyszło jej żyć w czasach spokoju, że i kolejne pokolenie będzie miało swoje starcie.
Ciekawe czasy chyba nigdy nie odeszły, trwały nadal, wciągając w swój wir coraz więcej osób, czy tego chciały czy nie.
- Bren! – rzuciła się kuzynce na szyję, przytulając ją do siebie przez krótką chwilę, po czym cicho parsknęła. Coś absolutnie szalonego, niebezpiecznego. Jakżeby inaczej? I jakże mogła powiedzieć „nie”? No po prostu się nie dało – Znasz odpowiedź – rzuciła, siląc się na lekki ton i odsunęła się, wciągając zresztą Brennę do środka mieszkania – Kawa, herbata, czekolada? Mam dużo pianek – w zasadzie te ostatnie mogły zostać użyte zarówno do kawy, jak i czekolady; niestety nie pasowały do herbaty, nad czym serdecznie ubolewała. Odczekała parę chwil, aż kuzynka zdejmie buty, żeby wcisnąć jej zaraz ciepłe kapcie; płaszcz został szybko przechwycony i powieszony na odpowiednim miejscu. I teraz mogła ją zaciągnąć dalej, do kuchni; jakkolwiek by nie patrzeć, w przypadku Mavelle to pomieszczenie zwykle stanowiło serce domu czy mieszkania, nawet jeśli w pokojach znajdowały się bujane fotele przy kominkach.
Yule wypełnionego kolorami świątecznych ozdób i ciepłem rodzinnych spotkań. Tyle że do Yule jeszcze daleko, a za oknem…
… jesień, prawda. Słota, też prawda. Ogólna paskudność, wybitnie zniechęcająca do wyściubienia nosa na zewnątrz, czego koniec końców nie dało się uniknąć; zawsze znajdzie się jakiś przestępca do złapania, jakaś nieprawidłowo zaparkowana miotła, patrol, który należało wykonać. Że też nie można było zwinąć się w kłębek pod kołdrą, zahibernować i obudzić się na wiosnę!
Ale pogoda to jednak tylko pogoda, stały cykl natury, element koła roku. Teraz to liście bez drzew, za chwilę zaś – gałęzie uginające się od śniegu. W to wszystko wpisywał się – a jednocześnie i nie wpisywał – niedawno ogłoszony manifest Voldemorta. Pogoda się zmieniała, tak jak i kartki w kalendarzu, co było pewne i niezmienne w swej niestałości. Ale to? Cały ten manifest ściągnął nad magiczną Brytanię o wiele ciemniejsze chmury niż te, które zsyłał listopad. I nadchodzący grudzień. Co dalej? Pytanie to ciążyło. Co dalej? Jak bardzo w mroku pogrąży się świat?
A może: co zrobić, by ten mrok nie pochłonął wszystkiego?
Jedno było pewne: Brenna miała całkowitą rację zakładając, że „ona i tak w coś się wpakuje”. Może nie trafiłaby do Zakonu Feniksa, a przynajmniej nie od razu. Może szukałaby długo jakiegoś czarodziejskiego zgrupowania, usiłując stać się tarczą dla niewinnych. A może, w akcie swoistej desperacji, zdecydowałaby się na prywatną krucjatę pod płaszczem ramienia Sprawiedliwości, którą przecież tak czy siak reprezentowała. Nie dzień, nie dwa, od dość dawna. A jeszcze dłużej wiedziała, że nastanie dzień, w którym otrzyma swój własny mundur.
Jakiekolwiek ścieżki by nie rozwijały się przed stopami Mavelle, zmuszając do dokonania wybotu, na żadną z dotychczasowym nie zdążyła jeszcze wstąpić.
Ale otworzyć drzwi kuzynce jak najbardziej zdążyła.
Trochę rozczochrana, w powyciąganym swetrze – najwyraźniej miała chwilę, w trakcie której nie musiała prezentować się jako tako przed światem, zwłaszcza że z całą pewnością nie spodziewała się wizyty kuzynki – nieco nieprzytomnie spojrzała na sylwetkę Brenny.
Błysk rozpoznania, zaskoczenia, po części też i radości – pojawienie się Longbottomówny było niczym pojawienie się promyka słońca, rozpraszającego ciemności. A tej było w tej chwili aż nadto, o wiele za dużo niż by sobie życzyła, niż pamiętała. Znana z historii wojna z Grindelwaldem była dla niej abstrakcją; teraz zaś dobitnie się okazywało, że jednak nie przyszło jej żyć w czasach spokoju, że i kolejne pokolenie będzie miało swoje starcie.
Ciekawe czasy chyba nigdy nie odeszły, trwały nadal, wciągając w swój wir coraz więcej osób, czy tego chciały czy nie.
- Bren! – rzuciła się kuzynce na szyję, przytulając ją do siebie przez krótką chwilę, po czym cicho parsknęła. Coś absolutnie szalonego, niebezpiecznego. Jakżeby inaczej? I jakże mogła powiedzieć „nie”? No po prostu się nie dało – Znasz odpowiedź – rzuciła, siląc się na lekki ton i odsunęła się, wciągając zresztą Brennę do środka mieszkania – Kawa, herbata, czekolada? Mam dużo pianek – w zasadzie te ostatnie mogły zostać użyte zarówno do kawy, jak i czekolady; niestety nie pasowały do herbaty, nad czym serdecznie ubolewała. Odczekała parę chwil, aż kuzynka zdejmie buty, żeby wcisnąć jej zaraz ciepłe kapcie; płaszcz został szybko przechwycony i powieszony na odpowiednim miejscu. I teraz mogła ją zaciągnąć dalej, do kuchni; jakkolwiek by nie patrzeć, w przypadku Mavelle to pomieszczenie zwykle stanowiło serce domu czy mieszkania, nawet jeśli w pokojach znajdowały się bujane fotele przy kominkach.
552