29.02.2024, 15:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.03.2024, 21:29 przez Samuel McGonagall.)
Jej uroda i owszem była intrygująca, ale te zapachy... Samuel, którego korzenie sięgały głęboko w serce Kniei, czuł się zdecydowanie lepiej, gdy jego rozmówca niósł ze sobą odzwierzęce lub – zdarzało się – roślinne skojarzenie. Kocie futro i pióra zaś, to bardzo charakterystyczne, niejednoznaczne połączenie, niosło ze sobą jeszcze większą tęsknotę, skrytą na dnie osamotnionego serca. Właśnie kocia i ptasia forma, to były te, które przywdziewały jego zaginiona przed ośmiu laty matka.
Mężczyzna poczuł się jednocześnie swojsko, ale też i nieswojo. Nie miał podstaw, by ufać nieznajomej, nawet jeśli jego zmysły bardzo sugestywnie otwierały na nią serce. Było to uczucie rozpoznania, jakby trafił na w końcu swój gatunek. Irracjonalne. Nierozsądne...
– To przez futro– wypalił bez zastanowienia. Szlag. Ilość mugoli kręcących się w okolicy... Jednak skojarzenie, które otworzyło się w jego głowie było nazbyt silne, czuł się nim otumaniony, czuł wzmagający żal i tęsknotę – Jasne, że możesz mi mówić po imieniu, szczerze... nie wiem do czego służą panowie i panie, chyba tylko jeśli się tego imienia nie zna, a nie chce się mówić ej Ty. – trochę mówił cokolwiek, trochę nie dbał o dobór słów. Oddychał coraz głębiej, pochylał się do niej, na pół instynktownie, chciał podejść i zatopić nos w kawowej skórze, by się upewnić. Albo przyoblec znów niedźwiedzie futro, poczuć tę woń na podniebieniu i zapłakać nad swoją stratą, która choć spodziewana, bolała podwójnie niezagaszoną nadzieją na ratunek. Gdzieś... Kiedyś... może.
Serce waliło mu coraz mocniej, gdy szarpnął sam sobą krok w tył, ściągając brwi, ogniskując spojrzenie na nieznajomej.
– Przepraszam, ja... – urwał, pocierając dłonią o czoło. Powinien wziąć zlecenie, powinien uciec w robotę i nie oddawać się takim myślom. Im ciało bardziej wzburzone tym większe ryzyko, że ziemia upomni się o jego energię, a przecież nie chciał nikomu zrobić krzywdy. Odsunął sie na bezpieczną odległość i przysiadł na zmurszałym kamieniu. Powinien być tu sam, pozostawić ją samą. Powinni być sami sobie, z dala od siebie. Miał jednak poczucie, że chyba zachowuje się nazbyt dziwnie i jest winien jej wytłumaczenie:
– Twój zapach przypomniał mi, jak pachniała moja matka, nie byłem pewien. – językiem zwilżył wargi, nie było to kłamstwo, a ktoś mógł w głowie dopowiedzieć sobie, że chodziło o perfumy, prawda? Uśmiechnął się przy tym przepraszająco, ale pewnie krzywo mu to wyszło. Próbował oddychać. Próbował nie myśleć o kolczastych pnączach pulsujacych pod nazbyt cienką warstwą ziemi...
Mężczyzna poczuł się jednocześnie swojsko, ale też i nieswojo. Nie miał podstaw, by ufać nieznajomej, nawet jeśli jego zmysły bardzo sugestywnie otwierały na nią serce. Było to uczucie rozpoznania, jakby trafił na w końcu swój gatunek. Irracjonalne. Nierozsądne...
– To przez futro– wypalił bez zastanowienia. Szlag. Ilość mugoli kręcących się w okolicy... Jednak skojarzenie, które otworzyło się w jego głowie było nazbyt silne, czuł się nim otumaniony, czuł wzmagający żal i tęsknotę – Jasne, że możesz mi mówić po imieniu, szczerze... nie wiem do czego służą panowie i panie, chyba tylko jeśli się tego imienia nie zna, a nie chce się mówić ej Ty. – trochę mówił cokolwiek, trochę nie dbał o dobór słów. Oddychał coraz głębiej, pochylał się do niej, na pół instynktownie, chciał podejść i zatopić nos w kawowej skórze, by się upewnić. Albo przyoblec znów niedźwiedzie futro, poczuć tę woń na podniebieniu i zapłakać nad swoją stratą, która choć spodziewana, bolała podwójnie niezagaszoną nadzieją na ratunek. Gdzieś... Kiedyś... może.
Serce waliło mu coraz mocniej, gdy szarpnął sam sobą krok w tył, ściągając brwi, ogniskując spojrzenie na nieznajomej.
– Przepraszam, ja... – urwał, pocierając dłonią o czoło. Powinien wziąć zlecenie, powinien uciec w robotę i nie oddawać się takim myślom. Im ciało bardziej wzburzone tym większe ryzyko, że ziemia upomni się o jego energię, a przecież nie chciał nikomu zrobić krzywdy. Odsunął sie na bezpieczną odległość i przysiadł na zmurszałym kamieniu. Powinien być tu sam, pozostawić ją samą. Powinni być sami sobie, z dala od siebie. Miał jednak poczucie, że chyba zachowuje się nazbyt dziwnie i jest winien jej wytłumaczenie:
– Twój zapach przypomniał mi, jak pachniała moja matka, nie byłem pewien. – językiem zwilżył wargi, nie było to kłamstwo, a ktoś mógł w głowie dopowiedzieć sobie, że chodziło o perfumy, prawda? Uśmiechnął się przy tym przepraszająco, ale pewnie krzywo mu to wyszło. Próbował oddychać. Próbował nie myśleć o kolczastych pnączach pulsujacych pod nazbyt cienką warstwą ziemi...