Najwyraźniej nie tylko on wpadł na pomysł z parasolem, ale żadna z prób nic nie dała. I chyba samego Hollowa to nie zdziwiło, zaczynając od tego, że nie miał czasu na zdziwienia, bo były rzeczy ważniejsze. Wytarł więc mokrą twarz w niemal tak samo mokry rękaw i podniósł na ducha rozzłoszczone spojrzenie, kiedy ten odpowiedział wierszykiem na jego epitety.
— Sobie tego balona strzel! — prychnął, a zaraz odskoczył od Brenny, w którą poleciał kolejny balon. Nie na tyle, by nie dostać fontanną kropel, ale przynajmniej nie był jednym z celów... Prawie. Osłonił się peleryną przed kolejnym balonem, który rozbryznął się na podłodze całkiem niedaleko.
Szybki rzut oka pozwolił zlokalizować poltergeista i miał zamiar ruszyć w całkiem przeciwnym kierunku, kiedy Gryfonka zdecydowała się walczyć. Kolorowe piłeczki posypały się po schodach, a Fel już spodziewał się, że jedną z nich Irytek ciśnie im prosto w czoło. On by tak zrobił na jego miejscu.
Ale ten się zmył.
— Baron mógłby czasem faktycznie coś z nim zrobić — wymruczał, zaraz podnosząc wzrok na dziewczynę, kiedy zadała swoje protekcyjne pytanie. — Jak widać — rzucił zdawkowo i nic z tego, że w zasadzie to nie było widać. Pewnie nabił sobie siniaka na łokciu czy gdzie indziej, ale nie było ani nic nowego, ani też nic, nad czym chciałby się rozczulać.
Felician przeczesał włosy rękoma i strzepnął na ziemię kolejne krople. To wydawało się beznadziejne, tak samo jak pomysł wykręcenia peleryny na korytarzu. W dodatku przecież nie tylko ona była mokra. Tymczasem Gryfonka gadała sobie dla zdrowia.
— Pewnie, że znam — prychnął i zerknął na nią. — Przynajmniej jest tam o co dbać, wam już pewnie Irytek wszystko zepsuł, nie zdziwiłbym się. Czemu nie zajęłaś się nim wcześniej? — W jego głosie brzmiała lekka kpina, ale głównie pretensja o to, że prefekta tak długo pozwoliła duchowi latach po korytarzu z wodnymi bombami. Nic takiego by się nie wydarzyło, gdyby nie zwlekała tak długo, dokładnie tak, jak on teraz zwlekał z chwyceniem za różdżkę, by rzucić owo zaklęcie, które tak dobrze znał. W końcu jednak i on zdał sobie sprawę, że nie ma to większego sensu, więc odsunął się od Brenny pół kroku, zakasał rękawy i wykonał gest, który zdawał mu się jak najbardziej odpowiedni do czaru osuszającego. Oczywiście w swoją stronę.
Rzut na kształtowanie, najsłabszy, bo tak naprawdę to nie ogarnia.
Sukces!