07.12.2022, 12:50 ✶
Brenna serdecznie uściskała Mavelle, nim wtoczyła się za próg. Zrzuciła buty i oddała płaszcz, by został powieszony na wieszaku. Nie była ubrana aż tak niezobowiązująco jak ona – wychodząc na londyńskie ulice zachowywała jakieś tam pozory, inaczej niż wtedy, gdy włóczyła się po Dolinie Godryka – chociaż jej koszula i spodnie też nie były szczególnie eleganckie.
- Zaczekaj może aż powiem, co mam na myśli? – powiedziała, a blady uśmiech przemknął jej przez usta. Ale trochę dlatego przyszła właśnie do Mavelle. Ostrożność i brak zaufania wobec ludzi, które zakiełkowały w duszy Brenny dopiero ładnych parę lat po Hogwarcie, wraz z manifestem Voldemorta wypuściły pędy, wzrosły bujnie, oplotły jej duszę.
Uśmiechała się do innych jak wcześniej, bo taka była jej natura, ale jednocześnie jeżeli byli teraz ludzie, którym była gotowa zaufać całkowicie, to zaledwie garstka. I – o ironio – choć sama była czystej krwi, to pośród tych czystokrwistych był to chyba wyłącznie Erik. A poza nim? Mavelle i Crawleyowie, ci drudzy, bo byli właściwie częścią rodziny, i ukrywali się przed ludźmi, którzy praktycznie na pewno zostaną śmierciożercami…
I jej mogła wyłożyć wszystko prosto z mostu.
- Pianki z czekoladą. Myślę, że potrzebujemy dużo słodkości w tych czasach – stwierdziła, wędrując za kuzynką do kuchni. Sama też dość często właśnie do kuchni wprowadzała wszystkich gości: w końcu w kuchni zwykle było jedzenie.
Opadła na pierwsze wolne krzesło, obserwując Mavelle. Pozwoliła jej najpierw nastawić wodę i wyjąć te pianki, siedząc w nietypowym dla siebie milczeniu – zwykle już od progu wyrzucała z siebie dwieście słów na minutę. Tym razem jednak miała do powiedzenia coś bardzo konkretnego i nie chciała, by kuzynka oblała się przy okazji wrzątkiem.
- Pamiętasz z nowszej Historii Magii, że Grindewalda ostatecznie pokonał Dumbledore, nie Ministerstwo? – spytała w końcu, pozornie bez żadnego sensu. A potem machnęła różdżką, odpalając bezczelnie radio Mavelle i przygłaszając je na cały regulator. Paranoja? Prawdopodobnie. Ale pewne rozmowy nie powinny zostać podsłuchane, a tak jej cichy głos ginął w zawodzeniu piosenkarki. – Ten nowy, Voldemort? Ministerstwo ni cholery tego nie ogarnie, bądźmy szczere.
Brenna była Brygadzistką, bardzo oddaną swojej pracy. Ale nie była w tym ślepa. W Ministerstwie wiele ważnych stanowisk obsadzali tacy ludzie jak Abraxas Malfoy, którzy nawet jeżeli nie pójdą walczyć ze śmierciożercami w pierwszym szeregu, będą po cichu im sprzyjać. Ot choćby powiadamiając, że Brygada albo aurorzy szykują jakąś akcję.
Ją samą zaś wciągnięto z prostego powodu. Miała chyba wręcz wypisane na czole "ta dobra dziewczynka". Ba, zdawała się wielu ludziom lepsza niż była w istocie, bo jej charakter wcale nie był krystaliczny, jak niejedna osoba wierzyła. Ale Brygadzistka, która przyszła z tym do Brenny, nie myliła się w tej sprawie. Longbottom nie miała ochoty siedzieć z boku, kiedy ktoś oznajmiał, że siłą przejmuje władzę, a potem zacznie mordować "szlamy"...
- Dumbledore więc postanowił znowu uratować dzień i tak dalej, ale że jak wszyscy wiemy, jest przyrośnięty do Hogwartu, zbiera ludzi, którzy mu w tym pomogą. Co oczywiście jest absolutnie niebezpieczne, oznacza duże ryzyko obrażeń i rychłego zgonu – oświadczyła rzeczowo. Ach, cóż za reklama z jej strony.
Tyle że jeśli szło o bojówki Zakonu, to tak jakby jeżeli ktoś nie był gotowy na ryzyko, zupełnie się do nich nie nadawał.
- Zaczekaj może aż powiem, co mam na myśli? – powiedziała, a blady uśmiech przemknął jej przez usta. Ale trochę dlatego przyszła właśnie do Mavelle. Ostrożność i brak zaufania wobec ludzi, które zakiełkowały w duszy Brenny dopiero ładnych parę lat po Hogwarcie, wraz z manifestem Voldemorta wypuściły pędy, wzrosły bujnie, oplotły jej duszę.
Uśmiechała się do innych jak wcześniej, bo taka była jej natura, ale jednocześnie jeżeli byli teraz ludzie, którym była gotowa zaufać całkowicie, to zaledwie garstka. I – o ironio – choć sama była czystej krwi, to pośród tych czystokrwistych był to chyba wyłącznie Erik. A poza nim? Mavelle i Crawleyowie, ci drudzy, bo byli właściwie częścią rodziny, i ukrywali się przed ludźmi, którzy praktycznie na pewno zostaną śmierciożercami…
I jej mogła wyłożyć wszystko prosto z mostu.
- Pianki z czekoladą. Myślę, że potrzebujemy dużo słodkości w tych czasach – stwierdziła, wędrując za kuzynką do kuchni. Sama też dość często właśnie do kuchni wprowadzała wszystkich gości: w końcu w kuchni zwykle było jedzenie.
Opadła na pierwsze wolne krzesło, obserwując Mavelle. Pozwoliła jej najpierw nastawić wodę i wyjąć te pianki, siedząc w nietypowym dla siebie milczeniu – zwykle już od progu wyrzucała z siebie dwieście słów na minutę. Tym razem jednak miała do powiedzenia coś bardzo konkretnego i nie chciała, by kuzynka oblała się przy okazji wrzątkiem.
- Pamiętasz z nowszej Historii Magii, że Grindewalda ostatecznie pokonał Dumbledore, nie Ministerstwo? – spytała w końcu, pozornie bez żadnego sensu. A potem machnęła różdżką, odpalając bezczelnie radio Mavelle i przygłaszając je na cały regulator. Paranoja? Prawdopodobnie. Ale pewne rozmowy nie powinny zostać podsłuchane, a tak jej cichy głos ginął w zawodzeniu piosenkarki. – Ten nowy, Voldemort? Ministerstwo ni cholery tego nie ogarnie, bądźmy szczere.
Brenna była Brygadzistką, bardzo oddaną swojej pracy. Ale nie była w tym ślepa. W Ministerstwie wiele ważnych stanowisk obsadzali tacy ludzie jak Abraxas Malfoy, którzy nawet jeżeli nie pójdą walczyć ze śmierciożercami w pierwszym szeregu, będą po cichu im sprzyjać. Ot choćby powiadamiając, że Brygada albo aurorzy szykują jakąś akcję.
Ją samą zaś wciągnięto z prostego powodu. Miała chyba wręcz wypisane na czole "ta dobra dziewczynka". Ba, zdawała się wielu ludziom lepsza niż była w istocie, bo jej charakter wcale nie był krystaliczny, jak niejedna osoba wierzyła. Ale Brygadzistka, która przyszła z tym do Brenny, nie myliła się w tej sprawie. Longbottom nie miała ochoty siedzieć z boku, kiedy ktoś oznajmiał, że siłą przejmuje władzę, a potem zacznie mordować "szlamy"...
- Dumbledore więc postanowił znowu uratować dzień i tak dalej, ale że jak wszyscy wiemy, jest przyrośnięty do Hogwartu, zbiera ludzi, którzy mu w tym pomogą. Co oczywiście jest absolutnie niebezpieczne, oznacza duże ryzyko obrażeń i rychłego zgonu – oświadczyła rzeczowo. Ach, cóż za reklama z jej strony.
Tyle że jeśli szło o bojówki Zakonu, to tak jakby jeżeli ktoś nie był gotowy na ryzyko, zupełnie się do nich nie nadawał.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.