07.12.2022, 13:04 ✶
- Nie oczekuję gwarancji rezultatu, chcę jednak spróbować – zapewniła Florence. Tej mogła oczekiwać, gdy kazała początkującemu uzdrowicielowi zdjąć klątwę albo efekt nieudanej transmutacji. I zwykle oczekiwała. W sprawach Trzeciego Oka była dość zaznajomiona, aby wiedzieć, że ta magia jest przedziwna i kapryśna.
Między innymi dlatego sama korzystała ze swojego „daru” rzadko i głównie wtedy, gdy zdawało się to przydatne w pracy.
- W przypadku tego eliksiru powinno być po prostu łatwiej – dodała, wskazując na pierwszą miksturę. – Ponieważ prawdopodobnie został sporządzony i był używany przez tę samą osobę, aż do dnia, gdy ja i stażystka wyjęłyśmy go z szuflady. Nie ma więc zbyt wielu scen… których był świadkiem? Myślę, że ciężej o trafienie w zły moment niż w przypadku rodzinnego artefaktu, bo właściwie każdy będzie właściwy. Może poza tym, w którym ja i panna Slughorn go znalazłyśmy.
Florence zmarszczyła lekko brwi, jakby niepewna, czy dobrze to ujęła. O widmowidzeniu nie wiedziała tak dużo, jak o jasnowidzeniu – naturalna konsekwencja mieszkania w domu, w którym było aż trzech jasnowidzów. Rozmowy jej, ojca i brata musiały nieraz wydawać się postronnym zupełnie niezrozumiałe.
Obserwowała Astorię, wyciągającą świece, z pewnym zaciekawieniem. Na razie nie ruszała herbaty, czekając, aż ta ostygła. Poza tym przygotowanie do wejścia w trans było w pewnym stopniu intrygujące.
- To akurat najzwyklejszy eliksir do czyszczenia ran – powiedziała Florence, unosząc fiolkę. – W magazynie jest ich sześćdziesiąt. Problem w tym, że powinno być sto. Te sześćdziesiąt ktoś poprzestawiał, w tym ten, co w połączeniu z zaginięciem tak dużej liczby…
Urwała. Nie chciała wypowiadać na głos oskarżenia, ale te niewypowiedziane słowa wręcz zawisły w powietrzu. Florence brała pod uwagę, że ktoś w szpitalu podkradał zasoby. Oczywiście, mogło dojść do czegoś zupełnie innego: na przykład jakiś stażysta niechcący je zniszczył i spanikował. (Co Bulstrode przyjęłaby źle, ale nie tak źle, jak całą kradzież.) Albo jakiś uzdrowiciel nagminnie wykorzystywał mikstury, tylko zapominał to zgłosić.
Niemniej czterdzieści sztuk? To budziło jej podejrzenia.
- Nie martw się, w tej pierwszej fiolce też nie ma żadnych trucizn. To eliksir z podstawowego programu w Hogwarcie – dorzuciła jeszcze, bo prawdopodobnie świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że jej zlecenie jest podejrzane. Jednocześnie jednak nie robiła nic nielegalnego.
Nie ona.
- Niemniej korzystanie z niego w szpitalu jest niedopuszczalne – zakończyła, a wargi zacisnęła w wąską linię. Minę Florence miała teraz iście morderczą, zdradzającą jasno jej intencje. Była gotowa schwytać się każdego sposobu, aby znaleźć osobę, która przyrządziła ten eliksir, zapewne na bazie szpitalnych zasobów, a potem przynajmniej dwukrotnie komuś go podała. Czy dla żartu, czy by celowo zaszkodzić – mikstura wywoływała lekkie zaniki pamięci. A to, chociaż pozornie nie mordercze, mogło komuś zrobić krzywdę. Potencjalny złodziejaszek był mniejszym problem niż to. Choć oba ją denerwowały.
Między innymi dlatego sama korzystała ze swojego „daru” rzadko i głównie wtedy, gdy zdawało się to przydatne w pracy.
- W przypadku tego eliksiru powinno być po prostu łatwiej – dodała, wskazując na pierwszą miksturę. – Ponieważ prawdopodobnie został sporządzony i był używany przez tę samą osobę, aż do dnia, gdy ja i stażystka wyjęłyśmy go z szuflady. Nie ma więc zbyt wielu scen… których był świadkiem? Myślę, że ciężej o trafienie w zły moment niż w przypadku rodzinnego artefaktu, bo właściwie każdy będzie właściwy. Może poza tym, w którym ja i panna Slughorn go znalazłyśmy.
Florence zmarszczyła lekko brwi, jakby niepewna, czy dobrze to ujęła. O widmowidzeniu nie wiedziała tak dużo, jak o jasnowidzeniu – naturalna konsekwencja mieszkania w domu, w którym było aż trzech jasnowidzów. Rozmowy jej, ojca i brata musiały nieraz wydawać się postronnym zupełnie niezrozumiałe.
Obserwowała Astorię, wyciągającą świece, z pewnym zaciekawieniem. Na razie nie ruszała herbaty, czekając, aż ta ostygła. Poza tym przygotowanie do wejścia w trans było w pewnym stopniu intrygujące.
- To akurat najzwyklejszy eliksir do czyszczenia ran – powiedziała Florence, unosząc fiolkę. – W magazynie jest ich sześćdziesiąt. Problem w tym, że powinno być sto. Te sześćdziesiąt ktoś poprzestawiał, w tym ten, co w połączeniu z zaginięciem tak dużej liczby…
Urwała. Nie chciała wypowiadać na głos oskarżenia, ale te niewypowiedziane słowa wręcz zawisły w powietrzu. Florence brała pod uwagę, że ktoś w szpitalu podkradał zasoby. Oczywiście, mogło dojść do czegoś zupełnie innego: na przykład jakiś stażysta niechcący je zniszczył i spanikował. (Co Bulstrode przyjęłaby źle, ale nie tak źle, jak całą kradzież.) Albo jakiś uzdrowiciel nagminnie wykorzystywał mikstury, tylko zapominał to zgłosić.
Niemniej czterdzieści sztuk? To budziło jej podejrzenia.
- Nie martw się, w tej pierwszej fiolce też nie ma żadnych trucizn. To eliksir z podstawowego programu w Hogwarcie – dorzuciła jeszcze, bo prawdopodobnie świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że jej zlecenie jest podejrzane. Jednocześnie jednak nie robiła nic nielegalnego.
Nie ona.
- Niemniej korzystanie z niego w szpitalu jest niedopuszczalne – zakończyła, a wargi zacisnęła w wąską linię. Minę Florence miała teraz iście morderczą, zdradzającą jasno jej intencje. Była gotowa schwytać się każdego sposobu, aby znaleźć osobę, która przyrządziła ten eliksir, zapewne na bazie szpitalnych zasobów, a potem przynajmniej dwukrotnie komuś go podała. Czy dla żartu, czy by celowo zaszkodzić – mikstura wywoływała lekkie zaniki pamięci. A to, chociaż pozornie nie mordercze, mogło komuś zrobić krzywdę. Potencjalny złodziejaszek był mniejszym problem niż to. Choć oba ją denerwowały.