Nie rozumiałam, dlaczego Samuel wydawał się taki spokojny w moim towarzystwie. Zupełnie, jakby był przyzwyczajony do przebywania z osobami tak niezręcznymi i pechowymi jak ja. Ale nie wypada o to pytać.
Nie wiem czemu, ale było mi dziwnie z tego powodu. Trochę czułam się zignorowana, ale... częściowo. Jakby ta przypałowa część była zupełnie niewidzialna dla niego. Bardzo istnieje przepaść dystansująca mnie od innych ludzi. Sama ją tworzę w obawie przed oceną, przed ośmieszeniem się. Wolę być postrzegana jako cicha postać epizodyczna, niż drugoplanowy klaun. Przemykam przez świat jak duch... lub też sama zmieniam w nie innych. Jakbym żyła w koegzystującym wymiarze na tej samej płaszczyźnie, ale innej gęstości.
Gdy szliśmy na skraj działki Lysandra, spoglądałam co jakiś czas na nogi Samuela. Był przyzwyczajony do wysokiej trawy i nierównego terenu. To może brzmieć absurdalnie, ale dostrzegam różnicę między ludźmi przebywającymi w naturze, a tymi, którzy stąpają po ziemi jak obcej nawierzchni. A przecież nie było mniej obcej nawierzchni jak właśnie ona. Miękki brunatny piach obrośnięty trawą. Zupełnie, jakbyśmy chodzili po jakimś ogromnym zwierzęciu.
— Trawa rośnie zbyt szybko, żeby nadążyć za jej koszeniem, a mamy ważniejsze rzeczy do roboty, dlatego jest jak jest — wyjaśniłam. — Poza tym... to całkiem przyjemne miejsce. Miło jest schować się między wysokimi kłosami. To jednak zupełnie inne uczucie niż leżenie obok krzewu. Bo krzew jest obok, a trawa okala ciało idealnie z każdej strony...
Aż zachęciłam samą siebie do zasiądnięcia na ziemi. To było jak wciśnięcie się w niesamowicie miękki materac... tak miękki, że sięgało się jego końca, ale wszystko wokół wciąż pięło się do góry. Przyjemne uczucie. Ale żeby nie marnować czasu, rozejrzałam się też wokół za ziołami.
— Czy jakieś konkretne rośliny będziemy zbierać? Czy wszelkie zielone listki się nadadzą?
Prompt