Niby dla czarodziei przenoszenie się nie stanowiło problemu, a jednak to nie było takie pstryknięcie palców, jeśli wybierałeś teren poza Wielką Brytanią i jurysdykcją twojego własnego Ministerstwa Magii. To mogło sprawić problemy, kłopoty. Komunikacyjne chociażby, skoro tak intensywnie myślał o Włoszech, ale z różnych powodów, głównie właśnie tych czysto organizacyjnych, idea trochę oklapła. Ucichła w jego własnej głowie. Nie zamierzał podejmować decyzji od pstryknięcia palców. Nie brał pod uwagi stałego przeprowadzenia się za granicę, ale o tym Philip akurat nie wiedział. Nawet jeśli miał pieniądze to stałe załatwianie świstoklika, żeby dostać się do New Forest było więcej niż męczące, wymagało organizacji i poświęcenia na to czasu. I pieniędzy. Jak zaś wiadomo - Laurent niekoniecznie lubił wydawać swoje zgromadzone pieniądze. Nie lubił ich też oddawać w cudze ręce.
- Mam znajomego, jest artystą... - Zaczął powoli, alee w sumie czy to było ważne? Czy to było jakiekolwiek zagajenie przez Philipa, czy może tylko stwierdzenie, bo nie chciał w gruncie rzeczy wiedzieć? Odgonił tę myśl jak natrętną muchę. Mógł sobie na to pozwolić, chciał sobie na to pozwolić - więc pozwolił. Niekoniecznie "przypadkiem" miał dwa bilety. Nie to, że prosił wcześniej, czy że dwa dostał. To nie była podróż, przy której statek byłby obłożony gośćmi po brzegi, skądże znowu, ale nie był pusty. Podzielony na dwie części - dla gości średniej kasty i tych wyższej półki tworzył mieszankę, która mogła przeplatać się ze sobą w pewnym rozdziale statku, by zupełnie sobie zniknąć z oczu w następnym. To miała być wspaniała, relaksująca podróż! Zapomnisz o problemach! Ćwierkał poprzez listy. Tymczasem jego głowa ćwierkała: uważaj, z kim teraz się zadajesz. - Dziękuję, tak, proszę zabrać bagaż do pokoju. - Zamyślenie i tak zostało mu przerwane przez mężczyznę, który upewnił się, że ich bilety są aktualne, że ich nazwiska widnieją na spisie gości specjalnych i zapytał, czy chcą, żeby teraz ich bagaże odnieść, wręczył im kluczyki - standardowa procedura, nawet się nad tym nie zastanawiał, tak i jego odpowiedź była automatyczna. - Będziesz miał okazję go poznać, właściwie gdybyś nie miał nic przeciwko wypadałoby mi, żebym cię przedstawił głównemu organizatorowi tej wycieczki. Avery William, bardzo utalentowany jegomość... słyszałeś może o nim? Czy nie jesteś zainteresowany tymi dziedzinami sztuki? - Artyści potrafili być bardzo... specyficzni, nawet jak na sławy, których życie często obracało się wokół skandali. William... Laurent by go chyba nie wrzucił do grona ekscentryków, ale z drugiej strony - wcale nie był szalenie sławny. Był bardziej spadkobiercą fortuny niż sławny za swoje dzieła sztuki. Mimo to Laurent lubił myśleć, że ktoś kiedyś powie: tak, znam go! Jest fantastyczny w tym, co robi! Wiedział, że William bardzo chciałby te słowa usłyszeć. Jego łagodna natura na to zasługiwała. Przynajmniej łagodna wobec niego.
Oddał więc swoją walizkę mężczyźnie, powierzając swój dobytek jego opiece i skierował swoje kroki na burtę statku, chcąc pooglądać port, z którego wypływali, domy, które wyrastały z wybrzeża, poczuć chłodny wiatr, który przyjemnie studził po tym felernym, upalnym lecie. Statek. Kochał kiedyś statki. Ale żegluga przestała być równoznaczna z czymś przyjemnym, kiedy przeżyło się tragedię Perły Morza. Dreszcz sam przeszył jego kark i przesunął się wzdłuż kręgosłupa, doszukując się sprawiedliwości w niesprawiedliwym. Ocean, który tak bardzo kochał, morze, które uwielbił - te zlewające się ze sobą siły zawsze były czymś, czego ignorować nie można było. Krótka krzątanina po statku poprowadziła go jednak również do swojego pokoju, żeby tam wyciągnąć swoje ubrania, by się nie pogniotły i uporządkować podręczne przedmioty kilkoma ruchami różdżki. I zapukał później do samego Philipa, żeby sprawdzić, jak on sobie poradził... a poradził sobie... tka, że na twarzy Laurenta ugościło zdumienie. Usiadł na fotelu, spoglądając na aparat i na te farbki, które zostały odłożone, czy też - przełożone.
- Nosisz ze sobą farby, których nie potrzebujesz? - Trochę go to... nie potrzebuje, nie używa, przypadkiem je zostawił? Musiał być naprawdę bardzo przejęty zarówno po powrocie, jak i teraz nawet się pakując. A może nawet się sam nie spakował? Czy Philip w ogóle potrafił się spakować? Prawdę mówiąc Laurent by w to chyba nie uwierzył... raczej że ma od tego pokojówkę, albo właśnie swojego skrzata domowego, który zadba o to, żeby jego panu niczego nie zabrakło. - Za to z aparatu bardzo się cieszę. - Uśmiechnął się, zakładając nogę na nogę, jakby już miał pozować do idealnych ujęć w idealnych dłoniach. - Możemy zrobić użytek z obu. Aparatu i farb. Jeśli to jakieś dobre farby to może będą przypadkowo idealnym prezentem dla naszego gospodarza?