29.02.2024, 20:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.02.2024, 21:03 przez Brenna Longbottom.)
– Podobno się nie da. Znaczy się, nie tak na stałe. Ktoś mi mówił, że Irytek jest… zaraz, jak to szło… eee… uosobieniem chaosu, powstającego w wyniku skumulowanej magii uczniów, którzy bardzo lubią psoty, więc jest nieodłączonym elementem zamku… – wyrecytowała Brenna, jakby z odrobiną niepewności, czy zapamiętała całą wypowiedź dokładnie. Nie uniosła przy tym przez chwilę spojrzenia znad swojej nogi: wydobyła z kieszeni chusteczkę i postarała się oczyścić krew. A potem wypowiadając kolejne słowa… z drugiej kieszeni wyciągnęła najpierw cukierki, potem kartę z czekoladowej żaby, kawałek pergaminu i wreszcie bandaż.
Najwyraźniej Brenna Longbottom lubiła być przygotowana na prawie wszystko.
– Bo zanim dobiegłam zwabiona wrzaskami, zdołał zrzucić kilka tych balonów na drugoklasistów z Gryffindoru, i już sobie odlatywał… się nie oszukuję, nie na mój widok, chyba po prostu go bawiło to, jak go gonię i rzucanie mi tych bomb pod nogi… a co przyznaję z ogromną przykrością, on lewituje trochę szybciej niż ja biegam, będę musiała trochę potrenować, może pobiegam w tę i z powrotem po schodach do wieży astronomicznej albo co. Dogoniłam go dopiero na schodach do lochów. To znaczy… no… Jeśli można uznać to za dogonienie.
Ostatnie słowa wypowiedziane zostały z jakby odrobiną samokrytycyzmu: jakby przyznawała, że to całe dogonienie wyszło jej średnio, zważywszy na to, w jak popisowy sposób zwaliła się z mokrych stopni. Patrząc na to z innej strony pozbawiła go wreszcie amunicji. Dość sprawnie owinęła rozbite kolano, a potem wreszcie uniosła wciąż mokrą głowę, by spojrzeć na Feliciana.
– Hollow, czwarta klasa, co? – spytała, po szybkim przeszukaniu szufladek pamięci. W tożsamości Ślizgonów orientowała się całkiem przyzwoicie, a to dlatego, że miała w zwyczaju dość często wystawać pod ich Pokojem Wspólnym, by niecnie napaść Victorię, albo nagle wpadać w Ślizgońskie grono, w celu podstępnego wykradnięcia im Cynthii. Pod tym względem Brenna była plamą na honorze Gryffindoru, radośnie przyjaźniąc się z przedstawicielkami obozu wroga. Zresztą, kilku innych Ślizgonów też znała.
Uniosła różdżkę, ale nie osuszyła się – zamiast tego przyzwała do siebie rozsypane tu i ówdzie piłeczki. Wiedziała, że jej czar transmutacyjny zaraz przestanie działać, a nie chciała zostawiać tych pocisków tutaj, gdzie mógłby je znaleźć na przykład taki Stanley Borgin i uznać, że fajnie będzie rzucić nimi w jakąś ładną dziewczynę.
Najwyraźniej Brenna Longbottom lubiła być przygotowana na prawie wszystko.
– Bo zanim dobiegłam zwabiona wrzaskami, zdołał zrzucić kilka tych balonów na drugoklasistów z Gryffindoru, i już sobie odlatywał… się nie oszukuję, nie na mój widok, chyba po prostu go bawiło to, jak go gonię i rzucanie mi tych bomb pod nogi… a co przyznaję z ogromną przykrością, on lewituje trochę szybciej niż ja biegam, będę musiała trochę potrenować, może pobiegam w tę i z powrotem po schodach do wieży astronomicznej albo co. Dogoniłam go dopiero na schodach do lochów. To znaczy… no… Jeśli można uznać to za dogonienie.
Ostatnie słowa wypowiedziane zostały z jakby odrobiną samokrytycyzmu: jakby przyznawała, że to całe dogonienie wyszło jej średnio, zważywszy na to, w jak popisowy sposób zwaliła się z mokrych stopni. Patrząc na to z innej strony pozbawiła go wreszcie amunicji. Dość sprawnie owinęła rozbite kolano, a potem wreszcie uniosła wciąż mokrą głowę, by spojrzeć na Feliciana.
– Hollow, czwarta klasa, co? – spytała, po szybkim przeszukaniu szufladek pamięci. W tożsamości Ślizgonów orientowała się całkiem przyzwoicie, a to dlatego, że miała w zwyczaju dość często wystawać pod ich Pokojem Wspólnym, by niecnie napaść Victorię, albo nagle wpadać w Ślizgońskie grono, w celu podstępnego wykradnięcia im Cynthii. Pod tym względem Brenna była plamą na honorze Gryffindoru, radośnie przyjaźniąc się z przedstawicielkami obozu wroga. Zresztą, kilku innych Ślizgonów też znała.
Uniosła różdżkę, ale nie osuszyła się – zamiast tego przyzwała do siebie rozsypane tu i ówdzie piłeczki. Wiedziała, że jej czar transmutacyjny zaraz przestanie działać, a nie chciała zostawiać tych pocisków tutaj, gdzie mógłby je znaleźć na przykład taki Stanley Borgin i uznać, że fajnie będzie rzucić nimi w jakąś ładną dziewczynę.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.