29.02.2024, 21:18 ✶
Nie umknął jej fakt, że Richard nosił obrączkę nie na tej dłoni, na której powinien. Ale szybko jednak przeszła do rzeczy, bo rozwiązanie tego tematu było czymś, na czym jej bardzo zależało. Bo przecież gdyby faktycznie z kadzidłami było coś nie tak, to takich przypadków mogłoby być więcej. Dużo więcej - w zależności od tego, jak wiele ich by rozprowadzili. A Mulciberów poleciła jej koleżanka z Munga, która również korzystała z ich usług. Oczywiście Delacour nie poleciała do niej jako pierwszej, bo to by było... Niepotrzebne. Zrobiłaby niepotrzebne zamieszanie, sprawiła że być może straciliby klientkę? A nie chciała tego, nie była przecież blond flądrą, która zrobi raban tylko po to, by "porozmawiać z kierownikiem" i pogrozić, że ich zniszczy. Jeżeli to błąd, to da się go naprawić. Ale również dopuszczała do siebie myśl, że to z nią coś może być nie tak. Kelnerce pokiwała głową, że nie potrzebuje dolewki i nie potrzebuje nic innego. Westchnęła za to, gdy usłyszała wyjaśnienia Richarda. Niby tak, ale...
- Być może faktycznie tak jest - przyznała, przesuwając pudełko w stronę Richarda. W zamyśleniu ujęła kieliszek z winem i upiła niewielki łyk, wpatrując się w oczy Mulcibera. Być może naprawdę tak było, zwłaszcza jeśli nigdy do tej pory nie korzystała z takich wspomagaczy. Delacour westchnęła, ostrożnie odkładając kieliszek w to samo miejsce, z którego go zabrała. - Ale widzi pan... Nie mogę przejść obojętnie obok tego, że jednak coś takiego miało miejsce. Pracuję w Świętym Mungu, rozumie więc pan, że to po części mój obowiązek jako uzdrowiciela, prawda? Upewnić się, że to po prostu pomyłka, trefna partia. Albo mój trefny organizm.
Gdy wspomniał, że to bratanica, blondynka kiwnęła głową ze zrozumieniem. Łatwo było wyciągnąć złe wnioski.
- Bratanica, przepraszam. Ależ absolutnie nie mam jej tego za złe! - uśmiechnęła się jakby przepraszająco, bo przecież nie chciała, by tak to zabrzmiało. Camille złączyła dłonie na stoliku, przed sobą, a potem lekko się nachyliła. - Nie chcę, żeby mnie pan źle zrozumiał. Wasze świece sprawdzają się doskonale, nie jest moją intencją, by teraz próbować coś ugrać dla siebie, bo zdarzyła się pomyłka. Jedyne, o co mi chodzi, to wykluczenie możliwości, że jedna partia kadzideł może zagrażać ludzkiemu zdrowiu.
Starała się mówić spokojnie, przyjaznym tonem. Dorzuciła do tego także piękny, promienny uśmiech, całkiem niewinny, tak jak ostrożne spuszczenie wzroku. Nie, ona nie grała głupiej - grała małego aniołka, który jest tak zatroskany ludzkim losem, że musi się upewnić, że wszystko jest w porządku. Bo tak po prawdzie to nie interesowały ją inne osoby, ale zupełnie co innego. Richard już o tym wspominał, ale przecież nie mogła mu powiedzieć, że interesował ją efekt wyłącznie na sobie samej.
- Tak, użyłam ich raz. Nie podjęłam kolejnej próby, ponieważ nie wiem, jak to by mogło się skończyć. Żeby zrobić coś takiego, potrzebowałabym kogoś obok siebie, by w razie czego mógł kadzidło zgasić, przewietrzyć pomieszczenie i wezwać pomoc - byłaby skończoną idiotką, gdyby po czymś takim próbowała znowu.
- Być może faktycznie tak jest - przyznała, przesuwając pudełko w stronę Richarda. W zamyśleniu ujęła kieliszek z winem i upiła niewielki łyk, wpatrując się w oczy Mulcibera. Być może naprawdę tak było, zwłaszcza jeśli nigdy do tej pory nie korzystała z takich wspomagaczy. Delacour westchnęła, ostrożnie odkładając kieliszek w to samo miejsce, z którego go zabrała. - Ale widzi pan... Nie mogę przejść obojętnie obok tego, że jednak coś takiego miało miejsce. Pracuję w Świętym Mungu, rozumie więc pan, że to po części mój obowiązek jako uzdrowiciela, prawda? Upewnić się, że to po prostu pomyłka, trefna partia. Albo mój trefny organizm.
Gdy wspomniał, że to bratanica, blondynka kiwnęła głową ze zrozumieniem. Łatwo było wyciągnąć złe wnioski.
- Bratanica, przepraszam. Ależ absolutnie nie mam jej tego za złe! - uśmiechnęła się jakby przepraszająco, bo przecież nie chciała, by tak to zabrzmiało. Camille złączyła dłonie na stoliku, przed sobą, a potem lekko się nachyliła. - Nie chcę, żeby mnie pan źle zrozumiał. Wasze świece sprawdzają się doskonale, nie jest moją intencją, by teraz próbować coś ugrać dla siebie, bo zdarzyła się pomyłka. Jedyne, o co mi chodzi, to wykluczenie możliwości, że jedna partia kadzideł może zagrażać ludzkiemu zdrowiu.
Starała się mówić spokojnie, przyjaznym tonem. Dorzuciła do tego także piękny, promienny uśmiech, całkiem niewinny, tak jak ostrożne spuszczenie wzroku. Nie, ona nie grała głupiej - grała małego aniołka, który jest tak zatroskany ludzkim losem, że musi się upewnić, że wszystko jest w porządku. Bo tak po prawdzie to nie interesowały ją inne osoby, ale zupełnie co innego. Richard już o tym wspominał, ale przecież nie mogła mu powiedzieć, że interesował ją efekt wyłącznie na sobie samej.
- Tak, użyłam ich raz. Nie podjęłam kolejnej próby, ponieważ nie wiem, jak to by mogło się skończyć. Żeby zrobić coś takiego, potrzebowałabym kogoś obok siebie, by w razie czego mógł kadzidło zgasić, przewietrzyć pomieszczenie i wezwać pomoc - byłaby skończoną idiotką, gdyby po czymś takim próbowała znowu.