29.02.2024, 22:58 ✶
Ponownie zebrał w sobie wszystkie siły, by otworzyć oczy, a niemalże bezgłośne westchnienie wyrwało się spomiędzy spierzchniętych warg, gdy wyrosła przed nim sylwetka mężczyzny. Zaraz potem na jego twarz wykwitł uśmiech; rachityczny jak cała sylwetka trawionego gorączką czarodzieja, jednak nie mniej szczery niż jego spolegliwe spojrzenie. Gdy nieznajomy pochylał się nad nim, złociste płomienie zatańczyły na jego lnianych włosach, na moment upodabniając je do koloru słoneczników otaczających latem jego chatkę.
Ze wszystkich kwiatów Ariel najbardziej umiłował sobie słoneczniki.
— Nie puszczaj mnie — poprosił. Odmrożona skóra boli, gdy jest ogrzewana; to właśnie ten ból, choć jeszcze kilka chwil temu żałośnie stłumiony, wyrwał go z letargu. Teraz miał wrażenie, że coś rozdziera go od środka, przegryza się przez tkankę do kości, ostre i tępe jednocześnie. Najbardziej płonęły uszy, dłonie oraz stopy; wówczas brzydki grymas przemknął przez jego lico, a on zadrżał nieznacznie, gdy duża dłoń oderwała jego głowę od posłania. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo był mokry.
Pił miód zachłannie, zupełnie tak, jakby był jego ostatnim napojem w życiu; nawet jeśli krótki kurs w Mungu nakazywał mu nie wierzyć w złudne ciepło rozlewające się wewnątrz ciała, istniała szansa, że chociaż go znieczuli. Odetnie świadomość od walki, którą toczyło ciało; ono poradzi sobie bez udziału woli. Zawsze sobie jakoś radził.
Oderwał usta od butelki z cichym sapnięciem i opadł na posłanie. Paliło go w przełyku, zaraz zacznie szumieć w głowie.
— Jak ci się odwdzięczę, Aniele? — Chciał go dotknąć, upewnić się, że jest prawdziwy, lecz dłonie odmawiały posłuszeństwa. Patrzył więc tylko, z oczami roziskrzonymi jak ogniki tańczące w palenisku.
Ze wszystkich kwiatów Ariel najbardziej umiłował sobie słoneczniki.
— Nie puszczaj mnie — poprosił. Odmrożona skóra boli, gdy jest ogrzewana; to właśnie ten ból, choć jeszcze kilka chwil temu żałośnie stłumiony, wyrwał go z letargu. Teraz miał wrażenie, że coś rozdziera go od środka, przegryza się przez tkankę do kości, ostre i tępe jednocześnie. Najbardziej płonęły uszy, dłonie oraz stopy; wówczas brzydki grymas przemknął przez jego lico, a on zadrżał nieznacznie, gdy duża dłoń oderwała jego głowę od posłania. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo był mokry.
Pił miód zachłannie, zupełnie tak, jakby był jego ostatnim napojem w życiu; nawet jeśli krótki kurs w Mungu nakazywał mu nie wierzyć w złudne ciepło rozlewające się wewnątrz ciała, istniała szansa, że chociaż go znieczuli. Odetnie świadomość od walki, którą toczyło ciało; ono poradzi sobie bez udziału woli. Zawsze sobie jakoś radził.
Oderwał usta od butelki z cichym sapnięciem i opadł na posłanie. Paliło go w przełyku, zaraz zacznie szumieć w głowie.
— Jak ci się odwdzięczę, Aniele? — Chciał go dotknąć, upewnić się, że jest prawdziwy, lecz dłonie odmawiały posłuszeństwa. Patrzył więc tylko, z oczami roziskrzonymi jak ogniki tańczące w palenisku.