Cisza. Zacisnęłam dłonie. Niestety nie mogłam się skupić na bólu paznokci wbijanych we wnętrze dłoni, bo zdecydowałam się dzisiaj ubrać rękawiczki bez palców. Jak niepraktycznie.
— Mi również miło poznać — odpowiedziałam nie dostrzegając niestety jego uśmiechu. Chciał nieść mój plecak, a ja miałam odmówić. Nie był aż tak ciężki. Nie miał od czego. Ale wtedy coś błysnęło mi w głowie. Legenda o brytyjskich dżentelmenach. Czy Lysander obrazi się, jeśli odmówię? Tylko czemu powtórzył się dwa razy? Aż tak długo zwlekałam z odpowiedzią?
— Dziękuję.
Podałam mu plecak i wzięłam parasol. Nie cierpię parasoli. Są niewygodne, a już szczególnie, gdy inni ludzie są w pobliżu. A co dopiero gdy trzeba z kimś iść pod jednym. Woda zawsze pocieknie na ramię jednego lub drugiego. Jak niezręcznie.
Rozglądałam się wokół. Słynna Dolina Godryka wyglądała dość ponuro, ale to pewnie przez pogodę. Londyn też często taki był, ale gdy zaświeciło słońce, wszystko się zmieniało. No i pora roku... Wszystko na pewno będzie ładniejsze, gdy wiosna pobudzi świat do życia. A może w tym roku nie miała zamiaru tego robić? Nie zdziwiłabym się.
Pytanie zawisło w powietrzu. O nie. Z jednej strony cisza mogła być niezręczna, ale rozmowa mogła zwabić jeszcze większą katastrofę. O nie.
— Dobrze, dziękuję.
Popisałam się językiem. Nigdy nie byłam dobra w takich rozmowach o niczym. Sporo czasu zajęło mi zrozumienie angielskiego "How are you?" rzucanego na powitanie, na które nikt nie oczekuje twojego eseju o pasjonujących wydarzeniach poprzedniego dnia, tylko potwierdzenia, że w rzeczy samej jesteś wciąż żywa. Było to dla mnie dziwne, ale z drugiej strony jak praktyczne. Moja krótka odpowiedź na pytanie dotyczące podróży było chyba poprawne, chociaż nie wiedziałam, czy to pytanie wlicza się w "How are you" typ pytań. Jakie to wszystko skomplikowane.
No ale, teraz czas na moją porcję uprzejmości.
— Jak się masz? — rzuciłam grzecznie, czekając na zapewne odruchowe zapewnienie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Bo tak działali brytyjczycy, co nie?