01.03.2024, 15:05 ✶
Apollo wypadł zza rogu. Jeżeli ślicznusi Brygadzista liczył, że doczeka się jakichś wyjaśnień, to... powinien policzyć jeszcze raz, bowiem nic takiego nie nastąpiło. Zamiast tego Brenna wepchnęła swojego jeńca w czułe ramiona współpracownika.
– Bren?!
– Jest aresztowany za napaść, odczytaj mu jego prawa - oświadczyła, odwracając się do lustra.
Morpheus i Rodolphus wypadli ze szklanej powierzchni tak szybko, że nie zdążyła ich złapać, chociaż wyciągnęła ręce. Przepełniona ulgą, że obaj się tu pojawili cali i... no cóż, jeden z nich względnie zdrowy... natychmiast rzuciła się, by pomóc wstać wujowi. Raz, bo oczy tego nie były w dobrym stanie, dwa, bo Longbottom był mężczyzną dość postawnym, a chociaż Lestrange też charakteryzował się wysokim wzrostem, to ten ciężar raczej nie był mu miły. (Albo był, ale Brennie nie przyszłoby to do głowy.)
– Przestań patrzeć w przyszłość albo cię ogłuszę – zagroziła Brenna, w pełni świadoma, że wuj zapewne to robił, ledwo chwyciła go, mocno, stanowczym gestem: takim by nawet nie próbował myśleć o wymsknięciu się z niego. Dopiero teraz dotarło też do niej, że sama została zraniona: przedramię piekło i kiedy zerknęła na nie, zauważyła rozciętą, poplamioną krwią marynarkę. Nieudany unik.
Powinna chyba poćwiczyć uniki. Gdyby to była avada, już byłaby martwa. Na całe szczęście tego typu rana nie była niczym poważnym, a dla Brenny żadną nowością.
– Rodolphusie? Jesteś cały? – spytała, spoglądając ku młodszemu z Niewymownych. Nie rzucała się podnosić go z ziemi, bo w tej chwili trzymała wuja, a Lestrange na pierwszy rzut oka nie wyglądał na rannego, ale obrzuciła go uważanym spojrzeniem, chcąc upewnić się, że ciężar wuja i ta wycieczka nie spowodowała żadnych poważniejszych obrażeń. – Chodź. Usiądziesz z boku i się tym zajmiemy, zanim pojawi się medyk – mruknęła do Morpheusa, rozdarta pomiędzy chęcią użycia nielegalnych zaklęć (przed czym powstrzymywało ją nieco towarzystwo), a nieco bardziej rozsądnym, ale mniej się jej podobającym rozwiązaniem, czyli „standardową procedurą”. Stosowała taką wielokrotnie, także na samej sobie. Wytrzeć krew, zrobić kompres, jeśli nie przejdzie wypić eliksir.
– Bren?!
– Jest aresztowany za napaść, odczytaj mu jego prawa - oświadczyła, odwracając się do lustra.
Morpheus i Rodolphus wypadli ze szklanej powierzchni tak szybko, że nie zdążyła ich złapać, chociaż wyciągnęła ręce. Przepełniona ulgą, że obaj się tu pojawili cali i... no cóż, jeden z nich względnie zdrowy... natychmiast rzuciła się, by pomóc wstać wujowi. Raz, bo oczy tego nie były w dobrym stanie, dwa, bo Longbottom był mężczyzną dość postawnym, a chociaż Lestrange też charakteryzował się wysokim wzrostem, to ten ciężar raczej nie był mu miły. (Albo był, ale Brennie nie przyszłoby to do głowy.)
– Przestań patrzeć w przyszłość albo cię ogłuszę – zagroziła Brenna, w pełni świadoma, że wuj zapewne to robił, ledwo chwyciła go, mocno, stanowczym gestem: takim by nawet nie próbował myśleć o wymsknięciu się z niego. Dopiero teraz dotarło też do niej, że sama została zraniona: przedramię piekło i kiedy zerknęła na nie, zauważyła rozciętą, poplamioną krwią marynarkę. Nieudany unik.
Powinna chyba poćwiczyć uniki. Gdyby to była avada, już byłaby martwa. Na całe szczęście tego typu rana nie była niczym poważnym, a dla Brenny żadną nowością.
– Rodolphusie? Jesteś cały? – spytała, spoglądając ku młodszemu z Niewymownych. Nie rzucała się podnosić go z ziemi, bo w tej chwili trzymała wuja, a Lestrange na pierwszy rzut oka nie wyglądał na rannego, ale obrzuciła go uważanym spojrzeniem, chcąc upewnić się, że ciężar wuja i ta wycieczka nie spowodowała żadnych poważniejszych obrażeń. – Chodź. Usiądziesz z boku i się tym zajmiemy, zanim pojawi się medyk – mruknęła do Morpheusa, rozdarta pomiędzy chęcią użycia nielegalnych zaklęć (przed czym powstrzymywało ją nieco towarzystwo), a nieco bardziej rozsądnym, ale mniej się jej podobającym rozwiązaniem, czyli „standardową procedurą”. Stosowała taką wielokrotnie, także na samej sobie. Wytrzeć krew, zrobić kompres, jeśli nie przejdzie wypić eliksir.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.