07.12.2022, 18:21 ✶
Changa przywitała uśmiechem i radosnym „cześć!”. Nie odpowiedziała podobnym ukłonem, bo miała po prostu niejasne wrażenie, że w jej wykonaniu wypadłby raczej groteskowo. Była zbyt energiczna na pełne wdzięku gesty, zwłaszcza należące do innej tradycji.
- Och, burkotykwy. To wiele wyjaśnia. Pewnie burkoczą, gdy je zostawiasz samemu sobie – oświadczyła Brenna z poważną miną, ani trochę nie zdziwiona odpowiedzią Morgana. Zresztą, to faktycznie wszystko wyjaśniało, przynajmniej w przypadku Changa. Nie odebrała nawet jego stwierdzenia jako pretensjonalnego: było po prostu… morganowe. – A jeżeli nie, to mi tego nie mów, nie psuj moich wizji. I ciesz się, że sprzedajesz eliksiry, nie ciastka, bo już bym ci ich połowę wyniosła…
Zmierzyła chłopaka spojrzeniem, oceniając, jak się trzyma. Może ulegała stereotypom, ale miała niekiedy wrażenie, że jej znajomi alchemicy lubią zapominać o jedzeniu, piciu, spaniu, a czasem chyba też o oddychaniu. To mogło być coś w oparach eliksirów. Uzależniały, czy kij wie? (Chociaż pod tym względem przyganiał kocioł garnkowi… to znaczy nie w kwestii jedzenia, bardzo dla Brenny ważnego, ale pod względem pochłonięcia zajęciami tak, że nie pamiętała o znaczeniu słowa „odpoczynek”.) A całkiem lubiła Morgana. I chwilowo faktycznie nic mu z jej strony nie groziło – przynajmniej póki nie przyłapała go na czymś bardzo nielegalnym, a raczej był na tyle mądry, by tego unikać. Miała też być może naiwną nadzieję, że Chang zastanowi się dwa razy, zanim wmiesza się w coś bardzo, bardzo podejrzanego i gdy ktoś na przykład zażyczy sobie substancji, która mogłaby zabić pół Londynu, zasugeruje, że nie potrafi takiej przyrządzić.
- Nieee, tym razem nie tojadowy. Chciałabym zrobić większe zamówienie. Czekaj, mam tu listę… A tak. Po pierwsze, antidotum na amortencję – powiedziała, sięgając po kartkę. Oczywiście, doskonale pamiętała, czego potrzebowała, ale wolała nie ryzykować, że coś umknie z jej pamięci. – Przynajmniej dwie porcje. Po drugie, jakiś eliksir na bezsenność, parę sztuk i prosiłabym o dokładne zalecenia, co do bezpiecznego dawkowania. Poza tym, masz coś odstraszającego gnomy ogrodowe? Widziałam ostatnio parę w naszym ogródku i nie mam zamiaru pozwolić tym małym draniom się zadomowić.
A nie mogła zamówić czegoś na nie u Dory czy nawet Lupinów, bo jeszcze dotarłoby to do jej matki, a ta oburzyłaby się, że Brenna jest tak brutalna.
- Da się załatwić?
- Och, burkotykwy. To wiele wyjaśnia. Pewnie burkoczą, gdy je zostawiasz samemu sobie – oświadczyła Brenna z poważną miną, ani trochę nie zdziwiona odpowiedzią Morgana. Zresztą, to faktycznie wszystko wyjaśniało, przynajmniej w przypadku Changa. Nie odebrała nawet jego stwierdzenia jako pretensjonalnego: było po prostu… morganowe. – A jeżeli nie, to mi tego nie mów, nie psuj moich wizji. I ciesz się, że sprzedajesz eliksiry, nie ciastka, bo już bym ci ich połowę wyniosła…
Zmierzyła chłopaka spojrzeniem, oceniając, jak się trzyma. Może ulegała stereotypom, ale miała niekiedy wrażenie, że jej znajomi alchemicy lubią zapominać o jedzeniu, piciu, spaniu, a czasem chyba też o oddychaniu. To mogło być coś w oparach eliksirów. Uzależniały, czy kij wie? (Chociaż pod tym względem przyganiał kocioł garnkowi… to znaczy nie w kwestii jedzenia, bardzo dla Brenny ważnego, ale pod względem pochłonięcia zajęciami tak, że nie pamiętała o znaczeniu słowa „odpoczynek”.) A całkiem lubiła Morgana. I chwilowo faktycznie nic mu z jej strony nie groziło – przynajmniej póki nie przyłapała go na czymś bardzo nielegalnym, a raczej był na tyle mądry, by tego unikać. Miała też być może naiwną nadzieję, że Chang zastanowi się dwa razy, zanim wmiesza się w coś bardzo, bardzo podejrzanego i gdy ktoś na przykład zażyczy sobie substancji, która mogłaby zabić pół Londynu, zasugeruje, że nie potrafi takiej przyrządzić.
- Nieee, tym razem nie tojadowy. Chciałabym zrobić większe zamówienie. Czekaj, mam tu listę… A tak. Po pierwsze, antidotum na amortencję – powiedziała, sięgając po kartkę. Oczywiście, doskonale pamiętała, czego potrzebowała, ale wolała nie ryzykować, że coś umknie z jej pamięci. – Przynajmniej dwie porcje. Po drugie, jakiś eliksir na bezsenność, parę sztuk i prosiłabym o dokładne zalecenia, co do bezpiecznego dawkowania. Poza tym, masz coś odstraszającego gnomy ogrodowe? Widziałam ostatnio parę w naszym ogródku i nie mam zamiaru pozwolić tym małym draniom się zadomowić.
A nie mogła zamówić czegoś na nie u Dory czy nawet Lupinów, bo jeszcze dotarłoby to do jej matki, a ta oburzyłaby się, że Brenna jest tak brutalna.
- Da się załatwić?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.