Za nadpalonymi płótnami pociągnął się akwarelą siwy swąd dymu, wypełniając pomieszczenie duszno. Tak pachniały spalone marzenia i mrzonki o normalności – nie było jej szkoda płócien, niemniej nie przejmowała ją płonąca dłoń Longbottoma – teraz dopiero uświadomiła sobie to w pełni wyrazistości. Cudownie egocentryczna, dbała jedynie o siebie na przestrzeni tych spopielanych – zupełnie jak te obrazy – lat. Bo przecież każda mijająca, majacząca gdzieś w niebycie sekunda, dawała świadectwo buńczucznemu fatalizmowi rządzącemu światem. Bo gdzieś istniały te krwawe Mojry, przędące nicie karmazynowe, których przecięcie wieńczyło egzystencję.
Gdy zacisnął palce wokół jej szyi, uniosła dłoń spokojnie – zupełnie jak nie ona, opuszkami palców chwytając przegub jego nadgarstka, odsuwając od siebie nić dotyku. Była w tym stoicka, niebywale trwała, nonszalancka wręcz w sposób, którym nigdy się nie cechowała. Jeszcze chwila, chwila…
…i nicość.
Rysy jej twarzy wydatnie się wyostrzyły, a wcześniej roziskrzone tęczówki, przybrały woalkę mętności, w której błyskały jedynie sztylety agresji. Była nie do poznania – opanowana, zadzierająca dumnie podbródek; nie trzepotała już rzęsami, nie wyginała warg w uśmiechu.
Demon został uwolniony.
Zachwiała się na moment na nogach, jednak gdy tylko odzyskała właściwą sobie równowagę, usta rozszerzył jej uśmiech iście diaboliczny i prowokacyjny. Musiał to zauważyć, tę drastyczną zmianę w jej postawie i w całokształcie wyrazu.
– Słuchaj, kurwo bez polotu – zaczęła, a jej głos przybrał brzmienie nader oschłego i mrożącego chłodem – jakby była zimną lichwiarką i ognistą tancerką jednocześnie. – Zastanawia mnie, jak utrzymałeś się na ziemi, będąc tak żałośnie nijakim. – Słowa sączyły się wyważenie i spokojnie, jednak w jej postawie było coś, co na wszelkich atawistycznych poziomach przerażało.
– Naprawdę myślałeś, że kolejny pionek ministerialny skupi moją uwagę na sobie? Masz szczęście, że się dobrze pieprzysz – dodała po chwili, odwracając się do niego tyłem, aby skocznym krokiem podejść do framugi okna i wychylić się z niego – tylko aby poczuć swawolę wiatru na swoich policzkach.
– Wracaj do swojej bańki bycia absolutnym zerem. Nie interesujesz mnie – nigdy nie interesowałeś – rzuciła, odwracając ku niemu głowę przez ramię.
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it