02.03.2024, 01:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.08.2024, 15:51 przez The Lightbringer.)
Jim, w przeciwieństwie do Diany, wierzył w ludzką dobroć - wierzył w bezinteresowność, która kazała pomagać, nawet, kiedy samemu nie miało się wiele, albo nie miało się wręcz nic; wierzył też w miłość, i w to, że potrafi czynić cuda: a skoro mogła przywrócić do życia jego brata - dawno już uznanego za zmarłego, i spisanego na straty - czy nie mogła ocalić także duszy jednej, zagubionej kobiety?
Oczywiście, że ją złapał.
Jeżeli bóg nie chciał jej ocalić, zamierzał zrobić to sam.
Poruszony widokiem pobladłej twarzy Diany, urwanym oddechem i rozbieganym spojrzeniem, pragnął tylko zabrać ją do kościoła, gdzie mogłaby poddać się zbawiennym inhalacjom z mirry i wonnych kadzideł, a potem może krótko zdrzemnąć pod obrusem ściągniętym z ołtarza. Z rozpaczą stwierdził jednak, że najbliższa świątynia - ta, z którą przybył, pielgrzym ciągnący z tłumem wiernych - jest położona zbyt daleko, by ciągać tam ogarniętą delirum Dianę omdlewającą teraz w jego ramionach jak w jakimś ekstatycznym szale religijnego uniesienia. Doszedł do wniosku, że chyba najszybciej byłoby ocucić ją kapką mocnego brandy - pamiętał z dzieciństwa, że tak robiło się na jego irlandzkiej wsi - a skąd szybciej wziąć alkohol, jak nie z nocnego klubu?
Westchnął, zrozpaczony... Ale i zdeterminowany.
- --defende nos in proelio... Satanam aliosque spiritus malignos, qui ad perditionem animarum pervagantur in mundo, divina virtute in infernum detrude-- - mamrotał cierpliwie, odgarniając z twarzy kobiety jej anielskoblond włosy, podczas gdy paroksyzmy gniewu wykrzywiały jej buźkę. Kiedyś myślał, że ludzie sami są sobie winni, że sami sprowadzają na siebie zgubę, że słusznie wisi nad nimi widmo boskiej kary; rozpaczliwie chwytał się przykazań, by odnaleźć pozory kontroli, bo przecież sam nie panował nad własnym ciałem, nad destrukcyjną klątwą, wypalającą jego duszę od środka... Z wiekiem zrozumiał, że nie o to chodzi, by chować się za pozorami świętoszkowatości. Nie bez powodu Chrystus jako pierwszego zabrał ze sobą nieba "dobrego łotra". Człowiek w równym stopniu był zdolny do czynienia dobra, jak i zła, a światło nie zaistniałoby, gdyby bóg nie pozwolił najpierw ciemności panować ponad bezmiarem wód. Ludzie byli niedoskonali, i w tym tkwił cały sens wszechrzeczy; to właśnie sprawiało, że świat był okrutnie piękny. Nie wiedział, jakich grzechów dopuściła się kobieta, by tak cierpieć... Ale nie dbał o to.
Jim nie odmawiał pomocy nikomu, więc dlaczego miałby odmówić jej Dianie?
- Ogrzeję cię - starał się nadać zachryplałemu od krzyczenia modlitw głosowi kojące brzmienie, kiedy pomagał Dianie zapleść ramiona wokół swojej szyi, delikatnie podpierając przy tym jej plecy i sondując przytomność spojrzenia. - Mam ciepłe dłonie.
Chciał się do niej uśmiechnąć, ale to było trudne, kiedy martwił się o to, czy nie powinien jednak wrzucić jej teraz do jakiejś kadzi ze świętym krzyżmem albo pokropić wodą święconą.
Podnosząc się z ziemi, walnął odruchowo z bara w jakiegoś typa obok, żeby zrobił miejsce; był gotów osłonić wyczerpaną egzorcyzmem dziewczynę swoim ciałem, jeżeli to było konieczne.
- Rozstąpcie się, ludzie - wrzasnął, przeciskając się przemocą przez tłum, a choć ten nie rozstąpił się przed nim tak jak morze przed Mojżeszem, Jim był nie mniej zdeterminowany niż biblijny mędrzec; tamten jednak, z pieśnią na ustach, prowadził naród wybrany ku ziemi obiecanej - on zaś, z Dianą w ramionach, wiódł ją ku zatraceniu, a amen stało mu w gardle.
Bo dla Diany, gotów był nawet zejść do hadesowej czeluści, do leża demona neonów - zstąpić do piekieł - jeżeli oznaczałoby to, że potem czeka ich wniebowstąpienie.
Drzwi klubu, do których dopchał się przez chaotyczny zamęt ciał, mrugały do niego jak otchłanie. Pokrywało je grafitti; brokatowa farba wściekle mieniła się, obwieszczając wrzaskliwie: porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie.
Jim i Diana przekroczyli bramę do piekieł.
W uszach Jima echem odbijało się dudnienie pradawnych bębnów, wykonanych z gładko wyprawionych skór grzeszników; stado diabląt uderzało w kotły kośćmi połamanymi podczas tortur piekielnych, sycząc, rechocząc i pohukując przy tym, ich wycie będące niczym więcej niż obmierzłą parodią skarg skazańców, oczekujących końca niekończącej się męki.
Ale wykurwiste mają basy, szemrały smutne twarze bez wyrazu: te snujące się po mrocznej sali, obracające się w dziwnym transie na parkiecie spowitym sztuczną mgłą, ale i te podpierające ściany - ściany wyłożone hebanową boazerią, które, gdyby dłużej na nie popatrzeć, zdawały się napierać na ogarnięty ekstazą tłum. Jim mimowolnie przycisnął silniej Dianę do piersi, a jego palce, niebezpiecznie wbijające się w miękkość uda kobiety, zsunęły się z materiału jej sukienki na nagą skórę, kiedy ta poruszyła się w jego ramionach.
On chyba też potrzebował odrobiny brandy, bo kolana dziwnie się pod nim ugięły.
- Gdzie tu jest jakiś bar? - spytał jakiegoś mężczyznę z mętnym spojrzeniem paralityka. Ten tylko łypnął, i palcem pokazał na neonowy napis, który skrył się w niszy zajmowanej przez strefę dla VIPów, obwieszczając swą nadnaturalną bielą: KRĄG I: PRZEDPIEKLE.
- Gościu, bar masz dopiero na trzecim kręgu.
Oczywiście, że ją złapał.
Jeżeli bóg nie chciał jej ocalić, zamierzał zrobić to sam.
Poruszony widokiem pobladłej twarzy Diany, urwanym oddechem i rozbieganym spojrzeniem, pragnął tylko zabrać ją do kościoła, gdzie mogłaby poddać się zbawiennym inhalacjom z mirry i wonnych kadzideł, a potem może krótko zdrzemnąć pod obrusem ściągniętym z ołtarza. Z rozpaczą stwierdził jednak, że najbliższa świątynia - ta, z którą przybył, pielgrzym ciągnący z tłumem wiernych - jest położona zbyt daleko, by ciągać tam ogarniętą delirum Dianę omdlewającą teraz w jego ramionach jak w jakimś ekstatycznym szale religijnego uniesienia. Doszedł do wniosku, że chyba najszybciej byłoby ocucić ją kapką mocnego brandy - pamiętał z dzieciństwa, że tak robiło się na jego irlandzkiej wsi - a skąd szybciej wziąć alkohol, jak nie z nocnego klubu?
Westchnął, zrozpaczony... Ale i zdeterminowany.
- --defende nos in proelio... Satanam aliosque spiritus malignos, qui ad perditionem animarum pervagantur in mundo, divina virtute in infernum detrude-- - mamrotał cierpliwie, odgarniając z twarzy kobiety jej anielskoblond włosy, podczas gdy paroksyzmy gniewu wykrzywiały jej buźkę. Kiedyś myślał, że ludzie sami są sobie winni, że sami sprowadzają na siebie zgubę, że słusznie wisi nad nimi widmo boskiej kary; rozpaczliwie chwytał się przykazań, by odnaleźć pozory kontroli, bo przecież sam nie panował nad własnym ciałem, nad destrukcyjną klątwą, wypalającą jego duszę od środka... Z wiekiem zrozumiał, że nie o to chodzi, by chować się za pozorami świętoszkowatości. Nie bez powodu Chrystus jako pierwszego zabrał ze sobą nieba "dobrego łotra". Człowiek w równym stopniu był zdolny do czynienia dobra, jak i zła, a światło nie zaistniałoby, gdyby bóg nie pozwolił najpierw ciemności panować ponad bezmiarem wód. Ludzie byli niedoskonali, i w tym tkwił cały sens wszechrzeczy; to właśnie sprawiało, że świat był okrutnie piękny. Nie wiedział, jakich grzechów dopuściła się kobieta, by tak cierpieć... Ale nie dbał o to.
Jim nie odmawiał pomocy nikomu, więc dlaczego miałby odmówić jej Dianie?
- Ogrzeję cię - starał się nadać zachryplałemu od krzyczenia modlitw głosowi kojące brzmienie, kiedy pomagał Dianie zapleść ramiona wokół swojej szyi, delikatnie podpierając przy tym jej plecy i sondując przytomność spojrzenia. - Mam ciepłe dłonie.
Chciał się do niej uśmiechnąć, ale to było trudne, kiedy martwił się o to, czy nie powinien jednak wrzucić jej teraz do jakiejś kadzi ze świętym krzyżmem albo pokropić wodą święconą.
Podnosząc się z ziemi, walnął odruchowo z bara w jakiegoś typa obok, żeby zrobił miejsce; był gotów osłonić wyczerpaną egzorcyzmem dziewczynę swoim ciałem, jeżeli to było konieczne.
- Rozstąpcie się, ludzie - wrzasnął, przeciskając się przemocą przez tłum, a choć ten nie rozstąpił się przed nim tak jak morze przed Mojżeszem, Jim był nie mniej zdeterminowany niż biblijny mędrzec; tamten jednak, z pieśnią na ustach, prowadził naród wybrany ku ziemi obiecanej - on zaś, z Dianą w ramionach, wiódł ją ku zatraceniu, a amen stało mu w gardle.
Bo dla Diany, gotów był nawet zejść do hadesowej czeluści, do leża demona neonów - zstąpić do piekieł - jeżeli oznaczałoby to, że potem czeka ich wniebowstąpienie.
Drzwi klubu, do których dopchał się przez chaotyczny zamęt ciał, mrugały do niego jak otchłanie. Pokrywało je grafitti; brokatowa farba wściekle mieniła się, obwieszczając wrzaskliwie: porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie.
Jim i Diana przekroczyli bramę do piekieł.
W uszach Jima echem odbijało się dudnienie pradawnych bębnów, wykonanych z gładko wyprawionych skór grzeszników; stado diabląt uderzało w kotły kośćmi połamanymi podczas tortur piekielnych, sycząc, rechocząc i pohukując przy tym, ich wycie będące niczym więcej niż obmierzłą parodią skarg skazańców, oczekujących końca niekończącej się męki.
Ale wykurwiste mają basy, szemrały smutne twarze bez wyrazu: te snujące się po mrocznej sali, obracające się w dziwnym transie na parkiecie spowitym sztuczną mgłą, ale i te podpierające ściany - ściany wyłożone hebanową boazerią, które, gdyby dłużej na nie popatrzeć, zdawały się napierać na ogarnięty ekstazą tłum. Jim mimowolnie przycisnął silniej Dianę do piersi, a jego palce, niebezpiecznie wbijające się w miękkość uda kobiety, zsunęły się z materiału jej sukienki na nagą skórę, kiedy ta poruszyła się w jego ramionach.
On chyba też potrzebował odrobiny brandy, bo kolana dziwnie się pod nim ugięły.
- Gdzie tu jest jakiś bar? - spytał jakiegoś mężczyznę z mętnym spojrzeniem paralityka. Ten tylko łypnął, i palcem pokazał na neonowy napis, który skrył się w niszy zajmowanej przez strefę dla VIPów, obwieszczając swą nadnaturalną bielą: KRĄG I: PRZEDPIEKLE.
- Gościu, bar masz dopiero na trzecim kręgu.
Koniec sesji
gniew mój wybuchnie
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić