Co mógłby robić w ten leniwy poranek kiedy to klubokawiarnia nie była jeszcze otwarta? I to w dodatku w Prima Aprilis? Oczywiście, że intensywnie wypoczywał, rozłożony miękko na sweterku Mabel, którego to wczoraj zapomniała zabrać do mieszkania. Pojawił się jednak jeden solidny problem, widoczny gołym okiem dosłownie wszędzie. Zrobiło się naprawdę ciepło a więc jego zimowa sierść zaczynała z niego wypadać. Dodajmy do tego jego wrogość związaną ze szczotkowaniem i wyczesywaniem to można śmiało stwierdzić, że klubokawiarnia tonęła w jego biało-rudej sierści. Regularnie wylizywał z siebie kłaczki i kołtuny jednak nie miał sposobności aby po sobie sprzątać. Nie myślał teraz o estetyce otoczenia tylko o miękkości swej sierści.
Obrócił uszy w kierunku otwieranych drzwi klubokawiarni a potem dopiero podniósł jedną powiekę. Ziewnął, odsłaniając na moment szpiczaste zębiska i podniósł głowę wyżej. Nie kwapił się nawet do siadania czy przenoszenia na inne miejsce. Sweterek Mabel był już dostatecznie owłosiony wygrzany.
- Kąpałyście się w eliksirze euforii czy to ja tak na was działam? - zapytał zaspany na widok ich energicznych ruchów, donośnych głosów, częstotliwości obracania się i przemieszczania. Ledwo co dwukrotnie zamrugał a te zdążyły w tym czasie wykonać sto pomniejszych gestów. Nie musiał spoglądać na zegarek aby wiedzieć, że niedługo będzie otwarcie. Podniósł się i przebiegł lekko po blacie, wskoczył na stolik z ułożonymi na nim do góry nogami krzesłami aż dotarł do parapetu. Wystarczyło, że łapą pacnął sznurek od rolety a ta grzecznie podwinęła się do samej góry. Powtórzył tę czynność z pozostałymi roletami - zostały magicznie zaczarowane na tyle, aby mógł sam je uruchomić. Do środka wpadło cudownie kuszące słońce. Ach, jaką miał ochotę wyłożyć się na czwartym stoliku gdzie promienie słońca zaczną je za moment przyjemnie nagrzewać...
- Wspominała coś o dniu wolnym ale chyba niechcący się zdrzemnąłem i nie usłyszałem, że to dzisiaj. - przyznał bez ogródek i wytarł łapą nos o który otarła się latająca w powietrzu bańka. Zeskoczył z parapetu na podłogę i z pomocą zębów poprawił krzywo ułożoną wycieraczkę. Nie zwlekał i podbiegł do stojącego wieszaka na odzież wierzchnią. Ten ewenement lubił w nocy kuśtykać sobie w kierunku miłości swojego życia - wazonu z kwiatami dyptamu. Pacał łapą nóżki wieszaka a ten niechętnie i bardzo powoli przesuwał się na swoje miejsce - obok wycieraczki. Praca czasochłonna (całe cztery metry!) lecz wiadomo kto się tym codziennie zajmował.
- Rozliczymy się z braku powitania następnym razem. - prychnął urażony bo jako przyjaciółka Nory miała obowiązek go podrapać zanim przystąpi do jakichkolwiek czynności. Ciągnęło go do niej aby otrzeć się o jej łydki i zniwelować zapach ulicy Pokątnej ale skoro postanowiła go wyminąć i ograniczyć się do banalnego "cześć"... cóż, zobaczymy kto będzie tego żałować. Przeskoczył żwawo za wieszak, który to chciał przesunąć się w złym kierunku. Pacnął kolejny raz drewniane nóżki upartego przedmiotu.
- Dobrze się składa, że jesteś... Mabel-nie-dmuchaj-na-mnie-baniek... akurat mam z tobą do omówienia jedną poważną kwestię. Ach, ciasto czekoladowe trzeba rozmrozić, zaklęcie schładzające Nory było zbyt mocne i przez noc czekolada zmieniła się w kamień. - w jednej wypowiedzi zdołał poruszyć trzy kwestie i głową popchnąć wieszak na prawidłowe tory podskakiwania w kierunku wycieraczki.
Obrócił uszy w kierunku otwieranych drzwi klubokawiarni a potem dopiero podniósł jedną powiekę. Ziewnął, odsłaniając na moment szpiczaste zębiska i podniósł głowę wyżej. Nie kwapił się nawet do siadania czy przenoszenia na inne miejsce. Sweterek Mabel był już dostatecznie owłosiony wygrzany.
- Kąpałyście się w eliksirze euforii czy to ja tak na was działam? - zapytał zaspany na widok ich energicznych ruchów, donośnych głosów, częstotliwości obracania się i przemieszczania. Ledwo co dwukrotnie zamrugał a te zdążyły w tym czasie wykonać sto pomniejszych gestów. Nie musiał spoglądać na zegarek aby wiedzieć, że niedługo będzie otwarcie. Podniósł się i przebiegł lekko po blacie, wskoczył na stolik z ułożonymi na nim do góry nogami krzesłami aż dotarł do parapetu. Wystarczyło, że łapą pacnął sznurek od rolety a ta grzecznie podwinęła się do samej góry. Powtórzył tę czynność z pozostałymi roletami - zostały magicznie zaczarowane na tyle, aby mógł sam je uruchomić. Do środka wpadło cudownie kuszące słońce. Ach, jaką miał ochotę wyłożyć się na czwartym stoliku gdzie promienie słońca zaczną je za moment przyjemnie nagrzewać...
- Wspominała coś o dniu wolnym ale chyba niechcący się zdrzemnąłem i nie usłyszałem, że to dzisiaj. - przyznał bez ogródek i wytarł łapą nos o który otarła się latająca w powietrzu bańka. Zeskoczył z parapetu na podłogę i z pomocą zębów poprawił krzywo ułożoną wycieraczkę. Nie zwlekał i podbiegł do stojącego wieszaka na odzież wierzchnią. Ten ewenement lubił w nocy kuśtykać sobie w kierunku miłości swojego życia - wazonu z kwiatami dyptamu. Pacał łapą nóżki wieszaka a ten niechętnie i bardzo powoli przesuwał się na swoje miejsce - obok wycieraczki. Praca czasochłonna (całe cztery metry!) lecz wiadomo kto się tym codziennie zajmował.
- Rozliczymy się z braku powitania następnym razem. - prychnął urażony bo jako przyjaciółka Nory miała obowiązek go podrapać zanim przystąpi do jakichkolwiek czynności. Ciągnęło go do niej aby otrzeć się o jej łydki i zniwelować zapach ulicy Pokątnej ale skoro postanowiła go wyminąć i ograniczyć się do banalnego "cześć"... cóż, zobaczymy kto będzie tego żałować. Przeskoczył żwawo za wieszak, który to chciał przesunąć się w złym kierunku. Pacnął kolejny raz drewniane nóżki upartego przedmiotu.
- Dobrze się składa, że jesteś... Mabel-nie-dmuchaj-na-mnie-baniek... akurat mam z tobą do omówienia jedną poważną kwestię. Ach, ciasto czekoladowe trzeba rozmrozić, zaklęcie schładzające Nory było zbyt mocne i przez noc czekolada zmieniła się w kamień. - w jednej wypowiedzi zdołał poruszyć trzy kwestie i głową popchnąć wieszak na prawidłowe tory podskakiwania w kierunku wycieraczki.